Klęski, które spadły na Polskę w latach trzydziestych XI wieku, a szczególnie tak zwana reakcja pogańska i najazd czeski pod koniec czwartej dekady tego stulecia, omalże nie wymazały państwa polskiego z map już na wstępnym etapie jego istnienia. Na szczęście kilkadziesiąt pierwszych lat wystarczyło, by przynajmniej wśród rządzących elit wykształciło się poczucie państwowej odrębności.
Nowe stare czasy
Ponowna akcja zjednoczeniowa podjęta przez Kazimierza Odnowiciela – choć długa, żmudna i wymagająca poparcia zbrojnego oraz finansowego ze strony jego cesarskiego krewniaka – ostatecznie zakończyła się względnym powodzeniem. W jej trakcie w 1047 roku księciu udało się pokonać separatystycznego władcę Mazowsza komesa Miecława, a przy okazji rozbić wspierające go wojska pomorskie. Dawniejsi historycy uznawali, że następstwem tego było ponowne przyłączenie do Polski nie tylko Mazowsza, ale także Pomorza Gdańskiego. Obecnie jednak przyjmuje się najczęściej – także na podstawie weryfikacji ze znaleziskami archeologicznymi (znane lokalizacje powstałych w tym czasie typowo piastowskich grodów strażniczych) – iż władztwo Kazimierza Odnowiciela sięgnęło jedynie południowego skraju delty Wisły, która wówczas rozpoczynała się od obecnego rozwidlenia głównego nurtu z Nogatem. Zdecydowanie większa część wschodniego Pomorza zachowała zdobytą kilkanaście lat wcześniej odrębność pod wodzą swojego księcia Siemomysła (skądinąd prawdopodobnie spowinowaconego z rodem Piastów), który w źródłach wspominany jest jako suwerenny władca. Tak czy inaczej nawet ten skromny dostęp w okolice Bałtyku został utracony najprawdopodobniej już w latach 1058-1060, kiedy zaangażowany w walki na południowych granicach Polski książę Bolesław Śmiały nie zdołał skutecznie przeciwstawić się odbiciu pogranicznych ziem przez Pomorzan.
Kolejna próba przyłączenia Pomorza Gdańskiego miała miejsce za panowania Władysława Hermana, którego wojska pod dowództwem palatyna Sieciecha zdołały w roku 1090 zająć większość terytorium księstwa, jednak w obliczu powszechnego buntu miejscowej ludności zmuszone były wycofać się po zaledwie kilku miesiącach. Podjęta rok później kolejna próba podboju również zakończyła się fiaskiem.
Praktycznie zatem do końca XI wieku Polska nie mając dostępu do morza lub co najwyżej posiadając go incydentalnie, nie była w stanie prowadzić bezpośrednio polityki morskiej. W tej sytuacji pewną zagadką jest wzmianka w kronice Historia Ecclesiastica autorstwa angielskiego mnicha Orderyka Witalisa, który opisując pod datą roczną 1069 najazd na Brytanię dokonany przez króla duńskiego Swena II Estrydsena, wśród krajów wspomagających flotę inwazyjną wymienił Polskę (na pierwszym miejscu!), Fryzję, Saksonię i związek plemienny nadbałtyckich Luciców. Wydaje się skrajnie nieprawdopodobne, by Bolesław Śmiały dysponował wówczas własną lub podległą mu na zasadach lennych flotą, a już na pewno nie na taką skalę, by współorganizować tak dalekie wyprawy. Biorąc jednak pod uwagę charakter sił Swena Estrydsena, które jak wynika z opisów, składały się w znacznej mierze z najemników ściąganych z najdalszych zakątków Europy, być może chodziło o jakieś bardziej prywatne przedsięwzięcia polskich „żołnierzy fortuny”, poszukujących okazji do przygód i zarobku z dala od ojczyzny. Trzeba też pamiętać, że Ordericus omawiał te wydarzenia dopiero w latach dwudziestych XII wieku, kiedy z jednej strony pewne szczegóły mogły się już zatrzeć w powszechnej pamięci, a z drugiej o Polsce słyszano na Zachodzie coraz więcej, choćby z uwagi na kolejne starcia Bolesława Krzywoustego z Cesarstwem; tym samym bieżące wydarzenia mogły w pewnym stopniu wpłynąć na wierność opisu dawnych.
Z dzisiejszego punktu widzenia może zaskakiwać, że pomimo upływu stulecia od czasów morskich przedsięwzięć pierwszych Piastów sytuacja polityczna w rejonie Bałtyku na przełomie wieków XI i XII zmieniła się w zaskakująco niedużym stopniu. Północne wybrzeża akwenu nadal zajmowały skandynawskie królestwa – tyle że bardziej już okrzepłe w tożsamości dynastycznej i bez zastrzeżeń chrześcijańskie – z których najsilniejszym pozostawała Dania, zmagająca się jednak na tym etapie swojej historii z rozdrobnieniem feudalnym. Z kolei południowe wybrzeże w dalszym ciągu opanowane było przez mniej lub bardziej scentralizowane związki plemienne Słowian pomorskich, rządzone równie często przez udzielnych książąt, co przez starszyznę rodową. Trwające od dawna próby podporządkowania ich przez południowych sąsiadów – państwa niemieckie i Polskę – usiłujących uzyskać i trwale zabezpieczyć sobie dostęp do morza drogą podboju, pomimo pewnych sukcesów na przełomie tysiącleci nadal kończyły się kolejnymi niepowodzeniami. Pomorzanom i Połabianom wciąż udawało się utrzymać niezależność i rozbicie polityczne (pomijając okresowe sojusze taktyczne z sąsiadami); gremialnie powrócili oni także do pogaństwa, niszcząc powstałe wcześniej zaczątki organizacji kościelnej. Słowianie nadbałtyccy, ufni w swoją bitność i niedostępność ojczystych terenów, starali się konsekwentnie unikać istotnych reform upodabniających ich pod względem ustrojowym do chrześcijańskich, feudalnych sąsiadów. Dopiero bieg wypadków w kolejnych kilkudziesięciu latach pokazał, jak złudne były to nadzieje.
Podobnie w niewielkim stopniu zmieniła się w stosunku do wcześniej opisywanej (patrz: https://polscewierni.pl/kptkirk_5.html) technika i taktyka wojen morskich. Zarówno okręty, jak i sposoby ich walki nie uległy przez kilka pokoleń istotnym zmianom. Ze znalezisk archeologicznych można wywnioskować, że we flotach skandynawskich zmniejszył się nieco procentowy udział największych drakkarów. Z zachowanych opisów natomiast zdaje się wynikać, że coraz rzadziej stosowano w praktyce „wiązany” szyk okrętów podobny jak podczas opisanego starcia pod Svold. Są to jednak w większej mierze hipotezy niż ścisłe fakty. W każdym razie żeglarz czy wojownik w czarodziejski sposób przeniesiony z armii Bolesława Chrobrego do czasów jego prawnuków szybko poczułby się z pewnością jak u siebie, bo niewiele się zmieniło przez ten czas zarówno w realiach politycznych, jak i w samym jego fachu. Ta z pozoru trwała epoka wprawdzie w ciągu zaledwie kilku kolejnych pokoleń miała odejść w przeszłość, ale jej współcześni nie mogli jeszcze oczywiście o tym wiedzieć.
Pierwszy powrót, czyli nareszcie świeże ryby
Faktyczne odsunięcie od władzy niedołężnego księcia Władysława Hermana oraz jego zauszników przez młodych Piastowiczów, Zbigniewa i Bolesława, które odbyło się w pierwszym roku XII stulecia, miało w efekcie przynieść odrodzenie świetności państwa polskiego – krótkotrwałe wprawdzie, ale dla następnych pokoleń stanowiące rodzaj kolejnego po wczesnopiastowskim mitu założycielskiego. Na razie jednak kraj czekała seria krwawych starć wewnętrznych, do których doszło niemal natychmiast po podziale państwa między obu braci. Było to problemem szczególnie dużym w odniesieniu do kwestii pomorskiej.
Granica z plemionami pomorskimi była jedną z najbardziej zagrożonych na nieustanne najazdy rabunkowe, które lokalni możnowładcy lub ich związki regularnie przeprowadzały w głąb Polski, niekiedy dochodząc nawet w centralne okolice Mazowsza i Wielkopolski. Spisane w kronikach wydarzenia z końca XI i początku XII wieku pełne są doniesień o tego rodzaju starciach i walkach granicznych, a także o odwetowych wyprawach polskich, które nawet jeśli odnosiły sukcesy w polu, to ich ostateczny wynik był zawsze podobny: wielmoże pomorscy w obliczu przewagi polskich sił byli gotowi skwapliwie poddawać się, zatwierdzać traktaty i płacić trybuty, jednak po odejściu wrogiej armii niezwłocznie odrzucali wszelkie zobowiązania.
W tej sytuacji jednym z najważniejszych zadań, jakie dalekowzrocznie postawił przed sobą młody książę Bolesław, było doprowadzenie do pełnego podboju Pomorza i trwałego związania go z Polską. W zupełnej kontrze do tych planów pozostawał starszy książę Zbigniew. Jego dzielnica sąsiadowała bezpośrednio z Pomorzem, był on więc zainteresowany raczej przyjaznymi stosunkami z tamtejszymi ludami. Wspierali go w tym mocno pograniczni możnowładcy polscy, którzy pomimo różnicy wiary i mowy chętnie łączyli się więzami rodzinnymi ze swoimi sąsiadami z drugiej strony granicy, wobec czego podczas konfliktów trudno im było utrzymać pełną lojalność wobec książęcych suwerenów.
Taki stan rzeczy utrudniał konsekwentną politykę Polski wobec Pomorza. Już pierwsza wyprawa Bolesława na północ, podjęta w 1102 roku, zakończyła się niepowodzeniem, gdyż pomimo zdobycia i złupienia przygranicznego Białogardu część rycerstwa – podburzona przez wpływowego jeszcze wówczas Zbigniewa – wymusiła na młodszym księciu rezygnację z dalszych walk. Lepiej powiodła się wyprawa w 1103 roku, której udało się nie tylko dojść do Kołobrzegu, ale nawet zdobyć i spalić jego podgrodzie, choć wobec silnego oporu przeciwników samego miasta nie zdobyto. Także kolejne wyprawy, ponawiane z żelazną konsekwencją w latach 1104 i 1105, nie odniosły, jak się zdaje, trwałych sukcesów, zwłaszcza że jednocześnie miały miejsce walki na granicach, między innymi z Czechami i z Rusią, jak też związana z nimi i przybierająca na sile wojna domowa z księciem Zbigniewem. Dopiero pobicie wojsk tego drugiego i wygnanie go z Polski, jak też przejściowe uspokojenie sytuacji na innych granicach, umożliwiło zorganizowanie w 1107 roku wyprawy na tyle silnej, że ponownie padł Białogard, załoga Kołobrzegu poddała się Polakom bez podejmowania walki, zaś młody książę Warcisław wyszedł z grodu i złożył Bolesławowi Krzywoustemu hołd lenny. Jak się potem okazało, po raz pierwszy i dalece nie ostatni. Jego pozycja polityczna w kraju była wprawdzie zupełnie inna niż monarchy polskiego, bo był on nie tyle samodzielnym suwerenem, co „pierwszym wśród równych” w gronie dostojników plemiennych, którzy w związku z tym wcale nie musieli czuć się związani jego słowem, tym niemniej sukces był niewątpliwy. Polacy dokonali symbolicznych zaślubin z morzem, a zachwycony kronikarz Gall Anonim zapisał kilka lat później pieśń rycerzy Bolesława Krzywoustego, którzy wzniosłymi słowy, a zarazem nieco prozaicznie chwalili sobie uzyskanie nareszcie dostępu do świeżych ryb w miejsce „słonych i cuchnących”, jak też chlubili się zbieraniem morskich skarbów i łowami na morskie potwory (można zakładać, że chodziło o dochodowe pozyskiwanie bursztynu oraz rozwinięte wówczas na Bałtyku polowania na foki i wieloryby).
Pieśń powyższa, przypomniana w XX wieku we wspaniałym wykonaniu Czesława Niemena, okazała się jednak trwalsza niż samo wydarzenie, która miała upamiętniać. Już w 1109 roku doszło do największego w historii panowania Bolesława Krzywoustego starcia z niemiecką inwazją, na której czele stanął król, a późniejszy cesarz Henryk V. Najeźdźcy nie odniósłszy żadnych sukcesów, a za to z wielkimi stratami, zmuszeni byli się wycofać. Jednak choć Bolesław odniósł jednocześnie wielkie zwycięstwo nad sprzymierzonymi z Niemcami siłami Pomorzan w bitwie pod Nakłem, Pomorze zostało ponownie utracone, o czym świadczy fakt, że już w 1113 roku książę zorganizował i uposażył sieć grodów strażniczych położonych wzdłuż Noteci i środkowej Wisły, które miały zabezpieczać kraj od najazdów z północy. Co ciekawe jednak, zawierając pokój z Niemcami, polski książę zobowiązał się płacić cesarzowi trybut z ziem Pomorza Zachodniego, choć faktycznie ich nie posiadał. To z pozoru absurdalne ustalenie odpowiadało zapewne obu stronom: wiecznie potrzebujący gotówki cesarz uzyskał kolejne jej stałe źródło, a w zamian za to uznawał niejako na przyszłość prawo polskiego władcy do zwierzchności nad Pomorzem (którego wprawdzie sam cesarz też nie posiadał, ale zgodnie z ówczesną doktryną polityczną miał prawo nim dysponować, zwłaszcza że należało do pogan).
Uparty Bolesław musiał jednak poczekać z kolejną pomorską wyprawą na ponowne uspokojenie sytuacji na granicach, zwłaszcza w obliczu kolejnych starć z Czechami. Dopiero w 1115 roku wojska polskie znów ruszyły nad Bałtyk – tym razem jednak w kierunku Zatoki Gdańskiej. Zacięta wojna trwała aż cztery lata, co wynikało między innymi z tego, że jednocześnie książę był zmuszony zdusić wywołany w 1117 roku bunt wewnętrzny pod wodzą palatyna Skarbimira Awdańca. Ostatecznie jednak zmagania zakończyły się sukcesem, do czego przyczyniła się zapewne elastyczna polityka Bolesława, który zdecydował się nie odbierać władzy miejscowym książętom, gdańskiemu i słupskiemu, a jedynie „zdegradował” ich do roli podległych sobie komesów grodowych. Wprowadził też na Pomorzu Wschodnim polską administrację książęcą i obsadził grody swoimi garnizonami. Tym samym w 1119 roku, po blisko stu latach, Gdańsk wrócił pod polskie władztwo ze wszystkimi wynikającymi z tego korzyściami ekonomicznymi (przejęcie zysków z handlu morskiego) i politycznymi (pozyskanie panowania nad pobliskimi akwenami). Był to niewątpliwie wielki sukces, tym niemniej prawdziwym i najważniejszym celem Bolesława było nadal przejęcie znacznie bogatszego i politycznie istotniejszego Pomorza Zachodniego.
Pierwszy i ostatni raz w Polsce
Okazja do tego przytrafiła się już po dwóch latach. Dzięki względnemu spokojowi na innych granicach i wewnątrz kraju, jak też zawarciu sojuszu z księciem saskim Lotarem (późniejszym królem Niemiec i cesarzem), Bolesław zgromadził duże siły, którymi w 1121 roku uderzył na ziemie sąsiadów i odniósł nad Pomorzanami wielkie zwycięstwo w bitwie, która odbyła się prawdopodobnie na Polach Niekładzkich koło Gryfic. Wobec lepszego i cięższego uzbrojenia Polaków tym razem przewaga liczebna przeciwnikowi nie wystarczyła. Poległa większość najznamienitszych pomorskich wojów, a obaj wodzowie, książęta Świętopełk i Warcisław – ten sam ongiś niewierny „kołobrzeski” lennik polskiego księcia – dostali się do niewoli. Świętopełk, podobnie jak większość co znakomitszych jeńców, został zmuszony do przyjęcia chrztu. Warcisław natomiast ku ogólnemu zaskoczeniu oświadczył, że już od dawna jest chrześcijaninem (miał zostać przyjęty na łono Kościoła jeszcze w dzieciństwie spędzonym w saskiej niewoli), tyle że jako władca pogańskich plemion nie mógł dotąd afiszować się ze swoim wyznaniem.
Nie wnikając w to, Bolesław ruszył w głąb kraju, poczynając sobie niezwykle surowo – brano w niewolę całe wioski i wysyłano ludność z dobytkiem na osiedlenie w głąb Polski, ściągano wysokie kontrybucje i obsadzano własnym wojskiem kolejne grody (po raz trzeci już wojska polskie odzyskały też nieszczęsny Kołobrzeg). Wkrótce Polacy stanęli pod stołecznym Szczecinem i już w pierwszym szturmie wdarli się do miasta, wykorzystując fakt, iż fosy i mokradła otaczające wały były ścięte przez przymrozki. Rzeź obrońców szybko przybrała takie rozmiary, że podjęli oni decyzję o kapitulacji i przyjęli upokarzające warunki. Bolesław zmusił ich między innymi do przyjęcia chrztu i zburzenia dumy miasta, jaką była niedawno wzniesiona okazała świątynia boga Trygława. Jednocześnie utrzymał tradycyjny „republikański” charakter rządów w mieście, podporządkował je jednak Warcisławowi, który musiał złożyć mu ponownie hołd lenny i zobowiązał się do płacenia corocznie wysokiej kwoty 500 grzywien srebra oraz do chrystianizacji kraju. Wskutek całej kampanii, według późniejszej kroniki, Pomorzanie mieli stracić aż 8 tysięcy rodzin przesiedlonych przymusowo do Polski oraz 18 tysięcy zabitych wojów – jakkolwiek w świetle dzisiejszego stanu wiedzy liczby te wydają się zawyżone.
Nie był to jeszcze koniec walk. Po zagarnięciu i zhołdowaniu księstwa Bolesław z większością wojska i pomorskimi posiłkami wyruszył dalej na zachód, na ziemie plemion wieleckich. Działając w sojuszu strategicznym z wojskami saskimi, Polacy wtargnęli daleko w głąb terytorium przeciwników, niszcząc między innymi ważne grody w Dyminie (dziś niemiecki Demmin) i Strzałowie (Stralsund), a w końcu docierając aż nad brzegi jeziora Morzyce (Müritz) w dzisiejszej środkowej Meklemburgii. Wyprawa ta nie miała jednak, jak się zdaje, charakteru zaborczego, a jej celem było jedynie zademonstrowanie nowym sąsiadom potęgi polskiego księcia, a zarazem odstraszenie ich od prób atakowania Pomorza.
Prawdopodobnie podczas tej wyprawy miała też miejsce – w 1122 lub 1123 roku – pierwsza próba opanowania przez Polaków wyspy Rugia, zamieszkanej wówczas przez wojownicze plemię słowiańskich Ranów. Pomimo niewielkich rozmiarów (ówcześnie około 1000 km2, czyli mniej więcej dwukrotność dzisiejszej powierzchni Warszawy) wyspa miała bardzo duże znaczenie ze względu na swoje bogactwa uzyskane dzięki rozwiniętemu handlowi morskiemu, jak też intensywnym najazdom rabunkowym na wybrzeża nadbałtyckich sąsiadów. Rugia odgrywała też istotną rolę polityczno-religijną jako centrum kultu czczonego powszechnie na Połabiu boga Świętowita i kilku innych bóstw wysokiej rangi. Kąsek był zatem łakomy, jednak do jego przełknięcia brakowało Bolesławowi Krzywoustemu floty (sprowadzenie podległych mu okrętów z Pomorza Wschodniego zapewne nie wchodziło w rachubę ze względu na szczupłość tamtejszych sił). W tej sytuacji część logistyczną przedsięwzięcia wzięli na siebie Pomorzanie księcia Warcisława, na których okręty załadował się polski desant. Jednak siły inwazyjne okazały się zbyt małe i po dokonaniu niewielkich zniszczeń na wybrzeżu przeciwnika zmuszone zostały do wycofania się. Warto jednak zapamiętać ten fakt jako pierwszy znany przypadek udziału wojsk Bolesława Krzywoustego w walkach stricte morskich.
Wymuszony na Warcisławie obowiązek podjęcia chrystianizacji jego państwa miał w zamierzeniu polskiego księcia spowodować objęcie ziem Pomorza zwierzchnictwem polskiej organizacji kościelnej, a tym samym związanie ich na trwałe z Polską. W tym celu emisariusze Krzywoustego usilnie pracowali na świeckich i duchownych dworach Europy, czego wynikiem było przybycie w 1022 roku mnicha Bernarda Hiszpana wyznaczonego do nawracania pomorskich pogan. Jego misja zakończyła się jednak zupełnym niepowodzeniem. Przybyły dwa lata później biskup Otto z Bambergu (obecnie święty katolicki) okazał się nieporównanie skuteczniejszy. W odróżnieniu od swojego poprzednika nie próbował nikogo zachęcać do chrześcijaństwa ubóstwem i pokorą, ale przeciwnie – wkraczał do kolejnych miast podległych Warcisławowi z wielkim przepychem, w otoczeniu orszaku ponoć aż pięciuset zbrojnych polskich i pomorskich (kij) i zarazem z obietnicą zmniejszenia obciążeń podatkowych w przypadku skłonienia się ku nowej wierze (marchewka). Skądinąd Bolesław faktycznie obiecał Warcisławowi obniżenie w takim przypadku rocznego trybutu z 500 do 300 grzywien i o tyle mniej książę pomorski miał ściągać od poddanych. Taktyka ta okazała się nadspodziewanie skuteczna i bardzo szybko kolejne ziemie Pomorza można było uznać za przynajmniej formalnie schrystianizowane. Otton okazał się na tyle przekonującym misjonarzem, że według niektórych źródeł dał mu się nawet ochrzcić obrotny książę Warcisław (czyżby ponownie?).
Wszystkie te zamiary o mało nie wzięły w łeb z powodu kolejnych wydarzeń politycznych. W 1125 roku zmarł cesarz Henryk V (ongiś wróg Krzywoustego, a następnie jego sympatyk), którego następcą został król Lotar III (kiedyś sprzymierzeniec Krzywoustego, a obecnie jego przeciwnik). W dodatku w 1127 roku zaczęły na Pomorzu wybuchać lokalne bunty pogańskie, wywołane między innymi dużymi obciążeniami podatkowymi na rzecz państwa i Kościoła. Ich prowodyrzy mieli nadzieję, że podobnie jak wiek wcześniej uda się przywrócić stare dobre czasy i starych dobrych bogów. Tym razem jednak się zawiedli, gdyż wbrew ich nadziejom obrotny Warcisław – który zdążył się już zorientować, z której strony wieje nieubłagany wiatr historii – nie tylko nie przeszedł na ich stronę, ale z całą surowością zaczął zwalczać buntowników. Co więcej, oddał się pod opiekę króla Lotara, łamiąc w ten sposób po raz kolejny przysięgę lenną wobec Bolesława, a w dodatku wobec zaangażowania wojsk polskiego księcia w konflikcie na Węgrzech w 1128 roku najechał zbrojnie na Polskę; jego armia dotarła aż pod Płock, zdobywając i paląc tę jedną z ówczesnych głównych stolic państwa.
Sytuacja była jednak zupełnie inna niż wcześniej, ponieważ tym razem Polacy nie dali się od Bałtyku odepchnąć, a ich ewentualny odwet nieustannie zagrażał wiarołomnemu lennikowi. Doskonale zorientowany w polityce książę Bolesław niezwłocznie to wykorzystał, zdecydowawszy się wmieszać w trwającą w Danii wojnę domową. Zawarł układ z jednym z pretendentów do jej tronu, księciem Magnusem Nilssonem, któremu oddał za żonę swoją córkę Ryksę i zobowiązał się dopomóc w walce z rywalami. Magnus z kolei w 1130 roku udostępnił teściowi swoją silną flotę, którą wysłał na polskie wybrzeże, gdzie obsadziły ją polskie załogi desantowe. Bolesław nigdy w końcu nie dorobił się własnych sił okrętowych o wystarczającym potencjale…
Pierwszym zamiarem połączonych sił było ponowne zaatakowanie Rugii, co tym razem udało się nadspodziewanie dobrze: na sam widok skierowanej przeciwko nim armadzie Ranowie skapitulowali bez walki i uznali zwierzchnictwo polskiego księcia. Tym samym Rugia po raz pierwszy i ostatni w swojej historii znalazła się pod polskim panowaniem. Polacy pozostawili na wyspie garnizon, a następnie połączone siły duńsko-polskie wylądowały na wyspach Uznam i Wolin, szybko je opanowując w walce z wojami Warcisława. W obliczu prawdopodobnej klęski, jak też dzięki mądrej dyplomacji biskupa Ottona, książę pomorski zdecydował się poddać przewadze, po czym – rzecz prosta – złożył Bolesławowi Krzywoustemu hołd lenny po raz trzeci. Doprawdy trudno pojąć, skąd brały się te ogromne pokłady cierpliwości wobec niego u polskiego księcia, słynącego skądinąd z usposobienia raczej cholerycznego i okrutnego…
Epizod zaangażowania się w walki wewnętrzne w Danii znalazł wkrótce swoją kontynuację. W 1134 roku, tym razem już w sojuszu z Warcisławem przeciwko aktualnemu królowi Erykowi II, wojska polskie wzięły udział w desancie na Zelandię. O ich przebiegu niewiele wiadomo. Polskie oddziały posiłkowe uczestniczyły w walkach o duńską stolicę, czyli Roskilde, a cała wyprawa prawdopodobnie skończyła się fiaskiem. Okazja do bardziej pamiętnego starcia miała się nadarzyć dopiero rok później.
Bitwa wszystkich ze wszystkimi
W połowie lat trzydziestych XII wieku wiele zamiarów Bolesława Krzywoustego wobec Pomorza było już ziszczonych. Jego lenno zostało wyposażone w administrację państwową ściśle wzorowaną na polskiej, co znacznie ułatwiało zarządzanie nim w każdej sferze. Dotyczyło to także spraw kościelnych, gdyż dzięki umiejętnemu lobbingowi politycznemu udało się doprowadzić do podporządkowania Pomorza Gdańskiego biskupstwu kujawskiemu z siedzibą w Kruszwicy, a następnie we Włocławsku (podporządkowanie to przetrwało skądinąd przez długie lepsze i gorsze wieki, a ustało dopiero w XIX stuleciu, długo po upadku dawnej Rzeczypospolitej). Z kolei dla Pomorza Zachodniego ustanowiono osobne biskupstwo w Wolinie podległe archidiecezji gnieźnieńskiej.
Ustalenia te niezbyt spodobały się nowemu cesarzowi (Lotar III uzyskał koronę cesarską w 1133 roku), zaś jeszcze bardziej nie w smak mu było zaangażowanie się Bolesława Krzywoustego w konflikty na Węgrzech i w Czechach po stronie jego przeciwników. W 1135 roku, wykorzystując swoją cesarską rangę, Lotar zwołał do Merseburga zjazd władców i poselstw z krajów objętych sporami w celu rozwiązania spornych kwestii bez konieczności dalszego prowadzenia wyniszczających walk. Niemający korony królewskiej Bolesław Krzywousty, zdając sobie sprawę z tego, że może zostać potraktowany na zjeździe poniżej swojego rzeczywistego znaczenia politycznego, postanowił w tej sytuacji przeprowadzić demonstrację siły na skalę, która zrobiłaby wrażenie nawet na cesarzu.
W tym czasie nie żył już książę Warcisław, któremu przy całym jego sprycie politycznym w końcu powinęła się noga i prawdopodobnie w tym samym 1135 roku został on skrytobójczo zamordowany – według oficjalnej wersji przez zbuntowanego poganina, a według niektórych dzisiejszych historyków raczej w ramach dynastycznego spisku. Jego następcą został brat – Racibor. W związku z upominaniem się cesarza o wywiązywanie się z lennych obietnic złożonych ongiś przez jego poprzednika Racibor prawdopodobnie czuł się bardziej związany z interesami Krzywoustego, bowiem wolał być raczej jego lennikiem. Można zakładać z dużą dozą prawdopodobieństwa, że to lennik wraz z suwerenem obmyślili wspólnie plan operacji polegającej na zaatakowaniu po raz kolejny króla Eryka II, który był sojusznikiem cesarza i w tej części Europy jego najsilniejszym sprzymierzeńcem.
W lipcu 1135 roku na Pomorzu zgromadziły się potężne siły morskie, według późniejszych kronik liczące sobie nawet 650 okrętów, z których każdy przewozić miał 44 wojowników i dwa konie. Wyliczenie takie jest oczywiście nieco bałamutne, gdyż okręty musiały się w rzeczywistości różnić od siebie rozmiarami, pozwala natomiast ocenić, jakiej wielkości była ówczesna przeciętna jednostka wojenna na Bałtyku (dla porównania szneka, na której w 997 roku przewieziono z Gdańska do Prus biskupa Wojciecha, oprócz wioślarzy i orszaku dostojnego pasażera zabierać miała 30 wojów, a więc w praktyce była zapewne podobnej wielkości lub niewiele mniejsza). Okręty zostały obsadzone przez załogi pomorskie i polskie, po czym wyruszyły w długą, bo ponad 400-kilometrową drogę ku bogatemu portowi Konungahela na granicy między ówczesną Danią a Norwegią (obecnie jest to Kungälv w Szwecji niedaleko Goteborga). Samo zadanie było dość ryzykowne, bowiem w drodze do celu flota musiała dwukrotnie przejść przez cieśniny duńskie, co oznaczało ryzyko zablokowania przez nieprzyjacielskie okręty. Dowodzący flotą książę Racibor uznał jednak – jak się okazało słusznie – że skonfliktowani wewnętrznie Duńczycy nie będą mieli do tego ani głowy, ani wystarczających sił. Według niektórych źródeł po drodze do floty dołączyły okręty ze sprzymierzonej Rugii, co w pewnym stopniu byłoby potwierdzone przez dalszy rozwój wypadków.
Po kilku dniach żeglugi 9 sierpnia flota dotarła pod Konungahelę, gdzie czekały już znacznie mniej liczne okręty mieszanego duńsko-szwedzko-norweskiego przeciwnika, według kronik ostrzeżonego przez rozmaite nadprzyrodzone znaki, a faktycznie najprawdopodobniej przez zwykłych obserwatorów z brzegu. Wobec przewagi liczebnej napastników wydanie im bitwy na morzu nie miało szans powodzenia. Ponieważ miasto położone było kilka kilometrów w głąb lądu i dostać się do niego można było tylko dwiema odnogami rzeki Göta, obrońcy zdecydowali się zablokować je palami wbitymi w dno rzeki i za pomocą posiadanych okrętów. Dodatkowo okręty słowiańskie miały być ostrzeliwane przez piechotę zgromadzoną na brzegach. Plan ten miał pewne szanse powodzenia, gdyż z powodu wąskich nurtów napastnicy nie mogli wykorzystać swojej przewagi poprzez rozwinięcie szyków.
Racibor w tej sytuacji podzielił flotę na dwa zespoły które zaatakowały jednocześnie na obu kierunkach. Okręty pokonały podwodne przeszkody i już w mniejszej odległości od miasta starły się z przeciwnikiem. Polacy i Pomorzanie szybko zyskali przewagę, gdyż ostrzał z brzegów okazał się mało skuteczny, zwłaszcza wobec małej liczebności obrońców. Kolejne okręty normańskie podpalano lub zdobywano, a pozostałe w końcu zostały odepchnięte aż do nabrzeży portu. Wysadzone na ląd załogi piesze i konne szybko okrążyły miasto. Próba skromnego kontrataku od strony norweskiej została z łatwością odparta i w nocy najeźdźcy przystąpili do szturmu, który szybko zakończył się sukcesem. Miasto zostało zdobyte, doszczętnie obrabowane i spalone. Większość mieszkańców zgładzono lub uprowadzono w niewolę. Jakkolwiek zawarte w kronikach opisy bogatych łupów i liczby jeńców można uznać za przesadzone, to jednak katastrofalne zniszczenia były faktem; dość powiedzieć, że jeszcze po wiekach badacze zastanawiali się, w którym miejscu właściwie znajdowało się pierwotne miasto (odbudowano je po wojnie, ale już w innej lokalizacji).
Flota Racibora powróciła na Pomorze bez strat. Według jednego ze źródeł wieści o pogromie już pięć dni później dotarły na rozpoczynający się właśnie zjazd w Merseburgu i wywarły wielkie wrażenie. Pod ich wpływem Lotar miał ponoć prowadzić rozmowy z Bolesławem jak z równorzędnym monarchą, siadając nawet z nim za jednym stołem. Niezależnie od tego, jaka była prawda, wiadomo na pewno, że cesarz uznał zwierzchnictwo polskiego księcia nad Pomorzem, wliczając w to wyspy Wolin, Uznam i Rugię, a przy okazji każąc wypłacić sobie z tego tytułu zaległy trybut za ostatnich 12 lat (czyli od 1023 roku) w łącznej wysokości 6 tysięcy grzywien. Być może była to jakaś specyficzna interpretacja układów zawartych wcześniej przez Bolesława z jego cesarskim poprzednikiem…
Ten pierwszy znaczący sukces morski Bolesława Krzywoustego i jego lenników był niestety zarazem ostatnim ze znanych. Już rok później Eryk II zorganizował „krucjatę” w formie odwetowej – jak można przypuszczać – wyprawy na Rugię, podczas której nawet przejściowo opanował wyspę i zmusił jej mieszkańców do przyjęcia chrztu (rzecz jasna, powrócili oni do pogaństwa, jak tylko Duńczycy odpłynęli). Pomimo formalnego zwierzchnictwa Polski nad wyspą w źródłach nie ma ani śladu reakcji jej księcia na to wydarzenie; być może zresztą nie miał on nawet żadnej możliwości działania. W 1138 roku Bolesław zmarł i niemal natychmiast po jego śmierci rozpadło się prawie całkiem żmudnie budowane przez lata „pomorskie” dzieło jego życia. Synowie księcia wkrótce zaangażowali się w bratobójcze walki o władzę i wpływy w podzielonym państwie, a do utrzymania w całości otrzymanego dziedzictwa nie mieli ani sił, ani dość horyzontów myślowych. Już kilka lat po śmierci Krzywoustego zarówno Pomorze Gdańskie, jak i Zachodnie wymieniane są w źródłach jako samodzielne lub zhołdowane komu innemu państwa rządzone przez własne dynastie. Zwierzchność nad Rugią od początku była efemerydą. Niezapomniany książę Warcisław okazał się pierwszym poświadczonym historycznie władcą z długiej dynastii Gryfitów, rządzących Księstwem Pomorskim na ogół szczęśliwie i rozsądnie aż do 1637 roku. Dzieje ich państwa, niewątpliwie fascynujące i warte opowiadania, nie zaliczają się już jednak do historii Polski sensu stricto. W mniejszym stopniu dotyczy to gdańskiej dynastii Sobiesławiców, która wygasła pod koniec XIII wieku, a jej państwo na powrót stało się przedmiotem rywalizacji silniejszych sąsiadów, by jednak potem do Polski wrócić.
Tak czy inaczej jeszcze przed połową XII wieku Polska ponownie odpadła od morza, tym razem na znacznie dłużej niż poprzednio, bo aż na ponad 300 lat. Powrócić miała nad Bałtyk w znacznie mniejszym zakresie w zupełnie odmiennych realiach politycznych i cywilizacyjnych. Ale to już zupełnie inna historia.
P.S. Opisywane wydarzenia miały miejsce, a opisywani ludzie żyli wieleset lat temu, w czasach i w miejscach, które nie obfitowały w możliwości powstawania na bieżąco źródeł pisanych. Stąd też często wiemy o nich bardzo niedużo, a informacje, w których posiadaniu dziś jesteśmy, niekiedy bywają bałamutne lub wręcz wzajemnie sprzeczne. Wielu wydarzeń w ogóle nie jesteśmy pewni; mamy świadomość, iż wielu ludzi istotnych dla tych wydarzeń historia pominęła zupełnym milczeniem; wreszcie nie możemy często datować ściśle nawet niewątpliwie prawdziwych wydarzeń historycznych, bo albo kronikarze ówcześni tych dat nie podają wcale, albo też daty bitew, traktatów czy śmierci znacznie się od siebie różnią (niekiedy nawet o kilkanaście lat). Przedstawiona w powyższym tekście wizja historii jest pewnym dokonanym przez autora kompromisem między różnymi możliwymi interpretacjami źródeł oraz ich szacowaną wiarygodnością, dlatego też nie wszystkie podane informacje są w pełni ścisłe, bo być po prostu nie mogą. W tej sytuacji autor zachęca Czytelników, aby w razie zainteresowania się poruszanym tematem spróbowali sami zapoznać się z dostępną bazą źródłową i sami pokusić się o własne interpretacje, w ich przekonaniu bardziej prawdopodobne lub przynajmniej bardziej atrakcyjne. W zgłębianiu historii nie ma bowiem zbyt wielu rzeczy przyjemniejszych niż samodzielne dochodzenie jeśli nawet nie do obiektywnej prawdy, to do samodzielnych wniosków :-)