Witaj na stronie Polsce Wierni.

Jesteś u Kapitana Kirka

Polska Marynarka Wojenna Polska Marynarka Wojenna

Część I

Nawet zawołani miłośnicy historii zapytani od kiedy właściwie istnieje polska marynarka wojenna, mieliby często poważne kłopoty z udzieleniem odpowiedzi. Wielu powiązałoby jej powstanie z odzyskaniem niepodległości w 1918 roku i miałoby rację o tyle, że od tamtej pory siła zbrojna Polski na morzu, budowana na miarę ambicji i dostępnych środków, pomimo wielu zawirowań politycznych, wzlotów i upadków, istnieje i wykonuje swoje obowiązki nieprzerwanie po dziś dzień.

Część zapytanych odwołałaby się zapewne do epizodów z okresu dawnej Rzeczpospolitej, kiedy to od czasu do czasu powracał pomysł wykorzystania dostępu do morza oraz funkcjonowania polskiego handlu morskiego do budowy silnej marynarki wojennej zdolnej ochraniać bałtyckie interesy dualistycznego państwa – z najbardziej znanym przykładem próby budowy królewskiej floty w czasach Zygmunta III Wazy, zwieńczonej świetnym zwycięstwem pod Oliwą w 1627 roku, niewykorzystanym niestety ani militarnie, ani politycznie.

Mało kto jednak sięgnąłby chyba w takim przypadku do początków państwa polskiego sprzed ponad 1000 lat. Początki te w ich morskim aspekcie są niestety mało znane, co też po części wynika ze szczupłości naszej dzisiejszej wiedzy na ich temat. To, co wiemy, pozwala jednak, by stwierdzić, że Polska była obecna na morzu już w czasach, gdy nawet nie nosiła jeszcze swojej dzisiejszej nazwy.

Początek – czyli kiedy?

Podstawowym problemem jest niestety ogromny niedostatek źródeł historycznych. Nie zachowały się żadne polskie źródła dziejopisarskie z X-XI wieku, zaś kronikarze innych krajów rzadko interesowali się tymi obszarami Europy i napomykali o nich głównie wówczas, gdy w jakiś sposób odegrały one ważniejszą rolę w wydarzeniach, które były dziejopisarzom bliższe. Specyficznym i z pozoru bogatym źródłem są skandynawskie sagi, jednak były one spisywane wiele pokoleń po wydarzeniach, których dotyczą, w związku z tym realne postacie i wydarzenia historyczne mieszają się w nich z legendarnymi zniekształceniami i wątkami zupełnie baśniowymi. W tej sytuacji przynajmniej w stosunku do najwcześniejszego interesującego nas okresu z konieczności bazować trzeba na informacjach wyrywkowych, konfrontowanych z innymi danymi, takimi jak na przykład wykopaliska archeologiczne.

Dokładnie nie wiadomo, kiedy Polska jako państwo pojawiła się po raz pierwszy nad Bałtykiem. Związane to było z całą pewnością z akcją zjednoczeniową Mieszka I (w oczach współczesnych będącą zapewne raczej konkwistą kolejnych ziem sąsiadujących z późniejszą Wielkopolską). Według niektórych domniemywań mogło to mieć miejsce nawet już w 967 roku, kiedy to wojska Mieszka pokonały Wolinian dowodzonych przez zbuntowanego krewnego cesarza, grafa Wichmana, a następnie rzekomo podporządkowały sobie miasto Wolin, będące w tamtym okresie jednym z największych portów morskich i zarazem centrów handlowych w tej części Europy. Brakuje na to jednak przekonujących dowodów źródłowych, a inne relacje zdają się wskazywać, że Wolinianie w jakiejś formie uzależnieni byli jeszcze wtedy od królów Danii.

Z całą pewnością natomiast niedługo potem Mieszko przyłączył do swojego państwa obszar Pomorza Gdańskiego. Biorąc pod uwagę znaleziska archeologiczne, można stwierdzić, że prawdopodobnie miało to miejsce w latach osiemdziesiątych X wieku. Wówczas na terenie funkcjonującej już od kilkudziesięciu lat osady zaczęły powstawać nowe budowle, które ze względu na formę ich wykonania można wiązać z władztwem piastowskim. Pierwszą pewną datą w tej kwestii jest rok 997, kiedy – jak wynika z dzieła spisanego dwa lata później – biskup Wojciech Sławnikowic na czele eskorty zbrojnej przydzielonej mu przez Bolesława Chrobrego przybył do Gdańska, określonego poważnym mianem urbs, czyli „miasto”. Faktycznie gród był wówczas silnie obwarowany i wraz z podgrodziami liczył sobie prawdopodobnie około dwóch tysięcy mieszkańców, co czyniło go znacznym jak na owe czasy ośrodkiem gospodarczym i politycznym. Z Gdańska Wojciech udał się następnie okrętem gdzieś na przeciwległe wybrzeże zatoki, gdzie odprawił wojowników i wraz z kilkoma towarzyszami ruszył na misję apostolską w głąb Prus. Misja ta, jak wiadomo, zakończyła się niepowodzeniem i śmiercią późniejszego świętego. Dla nas jednak istotne jest to, że owa skromna wzmianka jest zarazem pierwszą historyczną informacją o polskim okręcie wojennym.

Kto z kim i czym

A jakież były te ówczesne okręty? Wiemy o nich sporo, ponieważ istnieją dość liczne znaleziska archeologiczne jednostek pływających używanych w tym okresie przez ludy nadbałtyckie – a jednocześnie niewiele, bo ich historyczne opisy zachowały się niemal wyłącznie w źródłach skandynawskich. Do pływania na krótkich dystansach po rzekach i jeziorach, a także do przybrzeżnych połowów ryb na morzu od dawna (i jeszcze przez wiele późniejszych wieków) używano prostych czółen wykonywanych z wydrążonych pni drzew – tak zwanych dłubanek. Nieco większy komfort i dzielność morską zapewniały obszerniejsze łodzie wiosłowe, zbudowane już z formowanych fragmentów drzew, które pojawiły się na tym akwenie jeszcze w czasach starożytnych. Swoistą hybrydę obu konstrukcji, 14-metrową dłubankę z burtami podwyższonymi konstrukcją klepkową, odkryto w 1896 roku w Gdańsku. Niestety uległa ona zniszczeniu, zanim staranniej ją zbadano, więc dokładne jej datowanie jest niemożliwe.

Stosunkowo wcześnie, bo już od około VI wieku – kiedy też można z całą pewnością mówić o osiedlaniu się nad Bałtykiem pierwszych Słowian – pojawiały się nowocześniejsze i większe jednostki, wyposażone w pomocniczy żagiel, z kadłubami spajanymi żelaznymi gwoździami. Znaleziska z IX-X wieku potwierdzają też istnienie kolejnych unowocześnień w postaci wioseł mocowanych w dulkach czy trapów ułatwiających wychodzenie na ląd. Łodzie te służyły zarówno do transportu towarów, jak i do walki, jako że ówcześni mieszkańcy pobrzeży parali się zwykle na równi handlem i piractwem (słowiańscy piraci zwani byli prawdopodobnie chąśnikami i sądząc z opisów sobie współczesnych, zamiłowaniami i trybem życia nie różnili się szczególnie od normańskich wikingów), a niekiedy i udziałem w „prawdziwych” wojnach.

Dopiero z czasem, około przełomu tysiącleci, pojawiały się coraz większe różnice w budowie jednostek przeznaczonych zasadniczo do transportu oraz okrętów specjalizowanych do walki. Te pierwsze były szersze, by zapewnić większą ładowność, zaś te drugie miały bardziej smukły, wydłużony kształt kadłuba, z czego pochodziła ich zwyczajowa normańska nazwa langskip, czyli „długi okręt”.

Dzięki źródłom skandynawskim wiadomo, że langskipy dzieliły się na szereg podklas w zależności od ich wielkości mierzonej (różnie w poszczególnych krajach) liczbą par wioseł lub liczbą wioślarzy na całym okręcie. Najmniejszym okrętem pełnomorskim był karfi, posiadający 20-30 wioseł. Znacznie liczniej na wojnach występowały sneki o 30-40 wiosłach. Rzadsze, z uwagi na cenę i koszty utrzymania, były skeidi (50-60 wioseł), a rolę najcięższej jednostki o najlepszej dzielności morskiej i największych możliwościach bojowych pełnił drakkar (ponad 60 wioseł).

Liczne znaleziska archeologiczne – na czele z odkrytym w 1880 roku w Oslofiordzie niemal kompletnym egzemplarzem pochodzącym z końca IX wieku – pozwoliły ustalić, że typowa sneka, będąca prawdziwym „koniem roboczym” ówczesnych flot, miała zwykle 24-28 metrów długości, zanurzenie nieprzekraczające 1 metra i burtę wysokości 1,5-2 metrów. Okręty wyposażone były w stępkę i nie miały osobnego pokładu, a ich podstawowym napędem były długie na 5-6 metrów sosnowe wiosła o stosunkowo krótkich i wąskich piórach, umieszczone w dulkach i obsługiwane każde przez jednego wioślarza, przy czym z prawej burty mocowane było wiosło sterowe. W środku długości kadłuba, w masywnym drewnianym jarzmie umieszczony był kilkunastometrowy maszt, również wykonany z sośniny, z poziomą reją do mocowania kwadratowego płóciennego żagla o powierzchni niekiedy przekraczającej nawet 200 m2; w razie potrzeby (na przykład przy przechodzeniu pod mostem lub inną przeszkodą) maszt można było złożyć na pokładzie. Okręty były wyposażone w duże żelazne kotwice.

Charakterystycznym elementem dekoracyjnym były dziobnice rzeźbione w galiony, często odwzorowujące drapieżne lub mityczne stworzenia (stąd prawdopodobnie rozmaite węże i smoki uwiecznione w nazwach klas okrętów), co miało dodatkowo zapewnić okrętom i załogom przychylność morskich bóstw opiekuńczych. Innym wyróżnikiem okrętów wojennych, ułatwiającym ich rozpoznanie i ogólną orientację w bitwie, były żagle malowane w barwy właściciela okrętu lub jego władcy, jak też odpowiednio zdobione tarcze wojowników, które przed walką umieszczano na specjalnych listwach wzdłuż kadłuba dla lepszej ochrony załóg, liczących zwykle 60-100 osób.

Większe okręty konstrukcyjnie nie różniły się zasadniczo od mniejszych, poza oczywiście samymi rozmiarami. Przykładowo król Danii Kanut Wielki, panujący w pierwszej połowie X wieku, dysponował ponoć okrętem flagowym w postaci 120-wiosłowego drakkara z 260-osobową załogą. Przez długie lata badacze uważali te informacje za wytwór wybujałej fantazji skaldów, jako że okręt taki musiałby mieć około 70 metrów długości, co uważano za gabaryt nie do osiągnięcia dla ówczesnych szkutników bałtyckich. Dopiero odkrycie w 2018 roku w Danii reliktów kadłuba 65-metrowego okrętu, w dodatku znacznie starszego (wybudowano go około 770 roku), kazało zweryfikować ten pogląd.

Mimo wszystkich różnic kulturowych dzielących Słowian i późniejszych Polaków od Skandynawów, okręty przez nich używane były bardzo podobne i w związku z tym nazywane przez tych drugich vinda snekkuiuna i vinda skeidr, czyli słowiańskimi/polskimi snekami i skeidrami (mianem Wendów czy Wenedów w różnych wariantach i zapisach określali Normanowie generalnie wszystkich Słowian zamieszkujących tereny na południe od Bałtyku). Okręty słowiańskie były na ogół nieco mniejsze od skandynawskich, co jednak – jak wiadomo z kronik – nie przeszkadzało udawać się nimi na wyprawy nie tylko na najodleglejsze zakątki Bałtyku, ale nawet na Wyspy Brytyjskie. Liczniej też występowały po słowiańskiej stronie niewielkie jednostki przybrzeżne o 8-10 wiosłach. W latach trzydziestych zeszłego wieku w Gdańsku-Oruni udało się odkryć kadłuby aż czterech typowych okrętów słowiańskich – czy może już polskich – z pierwszej połowy XI wieku, dzięki czemu (jak również na podstawie innych, mniej spektakularnych znalezisk) wiadomo, że pod pewnymi względami różniły się one konstrukcyjnie od normańskich. Przy długości 12-14 metrów miały 12-18 wioseł, konstrukcję w większym stopniu opartą na dębinie niż sośninie, spajaną nie tylko metalowymi gwoździami, ale i drewnianymi kołkami, zaś kadłuby uszczelniano mchem, a nie – jak u Skandynawów – mieszanką smoły i zwierzęcej sierści. Charakterystyczną cechą „gdańskich” okrętów jest też kil o profilu bardziej płaskim niż w przypadku ich normańskich odpowiedników, co zapewne miało ułatwiać przeciąganie jednostek przez mielizny lub po lądzie. Z dość niepewnych źródeł można domniemywać, że w słowiańskiej mowie okręty takie nazywano korabiami. Nosiły też one nazwy własne, podobnie jak dziś – i to już niestety właściwie wszystko, co o nich z grubsza wiadomo.

Tak jak ówczesne okręty bardzo różniły się od dzisiejszych, tak i znacznie prostsze były sposoby ich walki. W epoce na długo przed wynalezieniem broni palnej podstawową metodą rozstrzygania boju pozostawał tradycyjny abordaż, czyli dobicie własnym okrętem do przeciwnika i wtargnięcie nań zbrojnych, którzy mieli za zadanie w walce wręcz wybić wrogą załogę lub zmusić ją do kapitulacji. Tym samym walka niewiele w gruncie rzeczy różniła się od staczanej na lądzie, uwzględniwszy oczywiście dodatkowe ryzyko utopienia się podczas przechodzenia między okrętami lub gdy statki tonęły. Taktyka abordażowa przetrwała zresztą jeszcze wiele stuleci i na dobre zaczęła zanikać dopiero w XVIII wieku. Zwarcie okrętów poprzedzała zazwyczaj przygotowawcza wymiana ognia, podczas której wrogie załogi wzajemnie ostrzeliwały się z łuków, miotały włócznie lub kamienie. Częściową ochronę przed tym zapewniały wspomniane wcześniej tarcze mocowane na burtach. Stosowano też różne doraźne sztuczki, na przykład szybkie podniesienie burty od strony przeciwnika poprzez przebalastowanie okrętu (część załogi po prostu na rozkaz kapitana przebiegała na przeciwległą burtę). Niebezpiecznym momentem było fizyczne zetknięcie się kadłubów jednostek, ponieważ okręty bałtyckie nie były wyposażane w specjalne tarany dziobowe (w odróżnieniu od swoich odpowiedników z Morza Śródziemnego, na którym taranowanie było taktyką powszechnie przejętą od starożytności), więc uderzenie wprost w burtę przeciwnika groziło nieraz większymi uszkodzeniami napastnikowi niż atakowanemu. Dlatego też starano się raczej dobić do okrętu przeciwnika pod takim kątem, by impetem własnego kadłuba przynajmniej częściowo zniszczyć jego wiosła (własne chroniono przez ich podniesienie i ustawienie wzdłuż burty) i w ten sposób go unieruchomić. Okręty następnie były sczepiane przerzucanymi przez burtę wroga liniami zakończonymi hakami. Większe jednostki przerzucały także trapy ułatwiające abordaż własnej załodze.

Oczywiście ogromna większość starć na wodzie odbywała się pomiędzy pojedynczymi okrętami (na przykład należącymi do zwaśnionych wielmożów czy też do piratów i ich tradycyjnych przeciwników, to jest kupców lub jednostek strażniczych) albo co najwyżej ich niewielkimi grupkami. W przypadku większych starć między zespołami kilkudziesięciu lub nawet więcej okrętów stosowano już pierwociny bardziej złożonej taktyki morskiej. Inaczej niż w późniejszych czasach, szyk torowy – wobec braku broni dalekonośnej – był stosowany rzadko i tylko w specyficznych wypadkach, na przykład przy starciach w wąskich przesmykach morskich lub ujściach rzek. Na ogół stosowano ugrupowania niemal identyczne jak w wojskach lądowych – okręty skierowane dziobami w stronę przeciwnika ustawiały się w linie bojowe z wyróżnieniem centrum i skrzydeł szyku, a często też i stosownej eskadry odwodowej; następnie uderzały na siebie czołowo, usiłując przebić nawzajem swoje szyki i zmusić przeciwnika do ucieczki z zastosowaniem oskrzydleń, pościgów i tym podobnych manewrów na analogicznych zasadach, jak robiła to piechota czy kawaleria.

Odpowiednikiem popularnych później na lądzie wagenburgów, czyli umocnionych taborów, dużo wcześniej na morzu były okręty związywane  linami burta w burtę w długą (a raczej szeroką) linię bojową. Bardzo utrudniało to przeciwnikowi rozbicie szyku, który był w stanie skutecznie bronić się z każdej strony, zarazem jednak powiązana w ten sposób flota traciła niemal zupełnie możliwość sensownego manewrowania. Dlatego też metodę tę stosowano jedynie w wyjątkowych przypadkach – na przykład gdy trzeba było zagrodzić przeciwnikowi całą szerokość przejścia – i tylko przy niskich stanach morza.

Osobną kwestią jest, kto właściwie był posiadaczem i dysponentem tych statków/okrętów, jak też kto na nich walczył. Realia ówczesnej epoki na omawianym obszarze, kiedy zachodziła transformacja ze społecznych stosunków plemiennych we wczesnofeudalne, bardzo różniły się zarówno od tych panujących w starożytności, jak i od późniejszych o kilkaset lat. Poszczególni suwerenowie – czy to książęta lub królowie, czy wspólnoty plemienne, czy też samorządne miasta kupieckie – nie posiadały dużych stałych armii podczas pokoju, gdyż przerastało to ich możliwości ekonomiczne. W przypadku sił lądowych utrzymywano na co dzień stosunkowo niewielkie oddziały strażnicze w poszczególnych grodach oraz nieco większe siły odwodowe, zdolne do szybkiej reakcji w przypadku nagłej potrzeby. Ich liczebność zależała oczywiście od możliwości. O ile w przypadku prowincjonalnych władyków nie przekraczała zapewne kilkudziesięciu ludzi, to już na przykład drużyna książęca Mieszka I liczyła sobie ponoć aż trzy tysiące zbrojnych, a przez Bolesława Chrobrego miała zostać powiększona nawet do 15 tysięcy (trzeba jednak pamiętać, że liczby te mogą być propagandowo zawyżone). Dopiero w przypadku wojny mobilizowano siły wszystkich podległych grodów, plemion, możnowładców czy miast. Miały one obowiązek wystawić do walki po stronie swojego suwerena ustaloną wcześniej liczbę odpowiednio wyekwipowanych zbrojnych.

Nie inaczej było w przypadku sił morskich. Suwerenowie w czasie pokoju utrzymywali pewną liczbę okrętów do celów strażniczych (czyli głównie do walki z piractwem) i reprezentacyjnych, ale większość jednostek pływających należała do ich poddanych – kupców w miastach, możnych władających nadmorskimi rejonami, wspólnot rybackich czy akurat zhołdowanych piratów – i dopiero w razie potrzeby tworzyły one wspólną flotę. System taki, w krajach skandynawskich zwany ledungowym, zapewniał dość duże możliwości mobilizacyjne. Na przykład w połowie XI wieku wystawiana w ten sposób flota Danii liczyć mogła na wojnie 300-350 okrętów, a flota Szwecji 280 okrętów. Kilkadziesiąt lat później możliwości ledungowe Księstwa Pomorskiego oceniano na 200-250 okrętów.

Powstaje tu jednak oczywiście pewien problem natury terminologicznej, bo z dzisiejszego punktu widzenia trudno czasem powiedzieć, na ile taka flota, będąca de facto pospolitym ruszeniem podmiotów akurat w tym momencie podlegających danemu suwerenowi, była w istocie flotą danego państwa w sensie narodowym. Wydaje się jednak, że skoro nie mamy dziś oporów, żeby armie Mieszka I czy Bolesława Krzywoustego nazywać wojskiem polskim, to nie ma także powodu, by inaczej określać podlegające władcom siły morskie.

Bitwa na wpół legendarna

Już w pierwszym okresie istnienia państwa protopolskiego jego władcy prowadzili aktywną politykę w rejonie Bałtyku, między innymi wchodząc w mniej lub bardziej trwałe sojusze z władcami skandynawskimi czy słowiańskimi, wiążąc się z nimi na przykład koligacjami dynastycznymi. Konkretnych informacji na ten temat jest niestety niewiele, a te, które są, niekiedy pozostają ze sobą w sprzeczności albo trudno oddzielić w nich historyczną prawdę od fabularnej fikcji. Wydaje się jednak pewne, że pierwsze odnotowane w źródłach uczestnictwo polskiej floty wojennej w walce na większą skalę miało miejsce dokładnie na przełomie X i XI wieku. Należy tu powrócić do wspomnianego wcześniej Wolina, który zapisywany w kronikach i sagach pod różnymi nazwami (na przykład Jumne, Julin, Jomsborg, Vineta), cieszył się sławą wielkiego i bogatego miasta-państwa. Potwierdziły to późniejsze badania archeologiczne wskazujące, że w kulminacyjnym okresie swej potęgi miasto – a raczej zespół miast położonych na sąsiadujących ze sobą obszarach nad cieśniną Dziwna – miało ogromną jak na owe czasy liczbę około 10 tysięcy mieszkańców i odgrywało bardzo ważną rolę najpierw jako samodzielny podmiot polityczny, a później jako przedmiot rywalizacji między sąsiednimi władcami.

Według sprzecznych ze sobą źródeł skandynawskich miasto miał założyć późniejszy król Danii Harald Sinozęby (który najprawdopodobniej zmarł właśnie w Wolinie w 987 roku) lub też na wpół legendarny jarl (książę) Palnatoke. Możliwe, że chodzi o jedną i tę samą osobę oraz jej przydomek, gdyż palnatoke w ówczesnej mowie normańskiej oznaczało, według niektórych badaczy, po prostu kogoś mówiącego po polsku. Tak czy inaczej datacja taka jest z pewnością nieprawdziwa, gdyż z badań wykopaliskowych wiadomo, że Wolin jako znacząca osada funkcjonował już co najmniej 200 lat wcześniej, a był założony i w większości zamieszkały przez Słowian. Nie zmienia to jednakże faktu, że pod koniec X wieku Polska najprawdopodobniej w jakiś sposób zdobyła zwierzchnictwo nad Wolinem ze wszystkimi wynikającymi z tego korzyściami i problemami.

Kiedy i jak mogło do tego dojść? Wiadomo z dużym prawdopodobieństwem, że Pomorze Zachodnie w znacznej części trafiło do Polski pod koniec lat siedemdziesiątych X wieku, a więc jeszcze w czasach Mieszka I. Poszlaką na to wskazującą jest typowy dla ówczesnych grodów piastowskich kształt budowli powstających od 979 roku w Kołobrzegu i w kilku innych lokalizacjach. Kilkanaście lat później władztwo Polski nad tymi ziemiami musiało być już na tyle ugruntowane, że podczas zjazdu gnieźnieńskiego w 1000 roku cesarz Otto zgodził się ustanowić w Kołobrzegu osobne biskupstwo podległe diecezji gnieźnieńskiej, co było podkreśleniem suwerenności Bolesława Chrobrego nad Pomorzem. Być może zatem nieco wcześniej pod władztwem polskim znaleźli się również nieodlegli Wolinianie, co mogło się zdarzyć pod koniec lat osiemdziesiątych X wieku, gdy Dania osłabiona była przez wojnę domową między Haraldem Sinozębym a jego synem Swenem Widłobrodym. Tak czy inaczej późniejsze sagi normańskie przykładają dużą wagę do osoby jarla Sigvaldiego, który na przełomie tysiącleci miał panować nad Jomsborgiem/Wolinem z ramienia „króla Burisleifa” jako jego lennik, a rzekomo nawet zięć.

Tu należy wyjaśnić, że w sagach owych każdy najwyższy władca Wenedów, czyli Polaków, niezależnie od czasu akcji określany był jako „król Burisleif”, co było zapewne znormanizowaną wersją imienia Bolesław, a wiązało się z faktem, że w czasach, o których mniej więcej mowa, władztwo nad Polską sprawowali trzej władcy tego imienia i z tego samego rodu. Podobnie jak w starożytnych mitach greckich każdy władca Krety nazywany był Minosem.

Abstrahując od wszelkich skomplikowanych związków pokrewieństwa, powinowactwa i zwierzchnictwa między dramatis personae – zwłaszcza że trudno je dziś zweryfikować źródłowo – można uznać za pewne, iż we wrześniu 999 lub 1000 roku doszło do bitwy morskiej pod Svold, przy czym sama identyfikacja tej nazwy – zapisywanej również jako Svöldr lub Svolder – nie jest prosta. Najczęściej przyjmuje się, że bitwa odbyła się w cieśninie Sund, a więc niedaleko dzisiejszej Kopenhagi (wskazywałyby na to niektóre informacje o jej przebiegu), jednak zdaniem części badaczy mogło to mieć miejsce w pobliżu jednej z wysp o podobnej nazwie, znajdującej się u wybrzeży Rugii. Latem owego roku silna flota nowego króla Norwegii Olafa Tryggvasona udała się ku wybrzeżom wendyjskim (to jest wybrzeżom polskiego wówczas Pomorza Zachodniego) w niezbyt jasnych zamiarach. Późniejsze sagi utrzymują, że chodziło o rozstrzygnięcie jakichś nie do końca określonych sporów posagowych miedzy Olafem a Burisleifem, czyli Bolesławem Chrobrym, jednak ponieważ kwestia związków ewentualnego powinowactwa między oboma monarchami należy raczej do sfery hipotez niż ustalonych faktów, na ogół przyjmuje się, że Olaf planował po prostu napaść i złupić polskie wybrzeża. Zdaje się jednak przeczyć temu fakt, iż w końcu nie tylko nie doszło do żadnych walk, lecz na rozkaz Bolesława z Wolina wypłynęła silna eskadra pod wodzą Sigvaldiego, której okręty dołączyły do Olafa, oficjalnie aby wesprzeć go w walce z przeciwnikami. Warto wspomnieć, że aż 20 z tych okrętów miało być wystawionych osobiście przez Bolesława, a więc można je nazwać polskimi już bez żadnych dodatkowych przymiotników.

Przeciwnicy, o których mowa, nie należeli do byle jakich. Zaniepokojeni agresywną polityką Olafa na Bałtyku i na pograniczach swoich państw, zmobilizowali przeciwko niemu siły król Danii Swen Widłobrody i król Szwecji Olaf Skötkonung. Dołączyły też do nich okręty Eryka z Lade, który pretendował do tronu Norwegii po swoim ojcu królu Haakonie, obalonym przez Olafa Tryggvasona kilka lat wcześniej. Siły sprzymierzonych zbierały się przez dłuższy czas, ich dowódcy uznali zatem w końcu, że nie ma sensu poszukiwać Olafa na morzu i zgromadzili okręty w miejscu, którego władca Norwegii nie mógł ominąć, wracając ze swoimi okrętami do macierzystego portu w Oslo. I rzeczywiście wkrótce obie floty stanęły oko w oko. Stała się wtedy rzecz niespodziewana: okręty Wolinian i Polaków znienacka oderwały się od reszty floty Olafa i przeszły na stronę przeciwnika, zajmując miejsce na lewym skrzydle szyku koalicjantów. Stało się to powodem do późniejszych oskarżeń jarla Sigvaldiego o zdradę, nie ma jednak wątpliwości, że nie mógł on dokonać takiej wolty bez wyraźnego rozkazu swojego suwerena, czyli księcia Bolesława, a całą rzecz ustalono już wcześniej potajemnie. Wskazuje to na istnienie jakichś głębszych, a dziś już nieczytelnych powiązań alianckich miedzy Bolesławem a monarchami Danii i Szwecji.

Flota koalicji dodatkowo powiększona o okręty Sigvaldiego miała znaczną przewagę liczebną nad norweską – przypuszczanie kilkakrotną, choć źródła podają tu sprzeczne, a niekiedy ewidentnie wręcz fantastyczne dane. Olaf Tryggvason wierzył jednak w możliwość zwycięstwa i przebicia się do Norwegii, jako że jego przeciwnicy dysponowali głównie niewielkimi normańskimi i słowiańskimi snekami, podczas gdy jego flota składała się w dużej mierze z większych okrętów, a jej trzonem było aż jedenaście drakkarów, na czele z imponującym flagowcem „Ormrinn Langi” („Długi wąż”) o 68 wiosłach i z 200 wojownikami w załodze. Aby wzmocnić siłę bojową swojego szyku, Olaf rozkazał powiązać okręty sznurami w szeroką ławę i w takim ustawieniu, korzystając z pomyślnego wiatru, uderzył na liczniejszego przeciwnika.

Ta agresywna taktyka o mało nie zapewniła mu zwycięstwa, gdyż stojące w centrum szyku okręty duńskie początkowo nie wytrzymały silnego uderzenia i po zatonięciu kilku z nich kolejno zaczęły się wycofywać. Norwegowie nie mogli jednak wykorzystać tego sukcesu, gdyż okręty powiązane w linię nie były w stanie podjąć pościgu za uchodzącym nieprzyjacielem, zwłaszcza że skrzydła aliantów, obsadzone przez Szwedów, trzymały się mocniej i nie pozwoliły na rozbicie szyku. Szalę przeważyła interwencja Sigvaldiego na lewym skrzydle. Jego okręty, mniejszych rozmiarów i rozwijające większą prędkość, zaatakowały Norwegów znaczną liczbą i udało im się abordażować szyk przeciwnika w kilku miejscach jednocześnie. Wolinianie i Polacy zaczęli stopniowo rozbijać prawe skrzydło Norwegów, zdobywając w walce wręcz kolejne okręty, a już zdobyte odcinając od reszty szyku, przy czym pozostałe jednostki norweskie nie były w stanie przyjść swoim z pomocą bez jego rozerwania. Widząc rozwój sytuacji, odwodowa eskadra duńska przeszła na lewe skrzydło i wykonała głębokie obejście przeciwnika, atakując jego jednostki od tyłu. To ostatecznie rozstrzygnęło losy starcia. Kolejne okręty norweskie tonęły lub poddawały się do niewoli, a gdy abordażowany został okręt królewski, Olaf Tryggvason, nie chcąc oddać się w ręce przeciwników, rzucił się w morze i utonął. Bitwa była skończona.

Przebieg bitwy pod Svold można dziś odtwarzać jedynie w ogólnym zarysie, bazując na skąpych wzmiankach w kronikach powstałych kilkadziesiąt lat post factum oraz na szerokich, ale równie szczegółowych, co niekoniecznie wiarygodnych opisach w sagach spisanych blisko 200 lat później. Jeżeli jednak przytoczony powyżej, a stosunkowo najbardziej prawdopodobny wariant przebiegu wydarzeń odpowiada prawdzie, to debiut polskiej marynarki wojennej w szerszej historii wypada uznać za udany. Pomimo dwuznacznej roli odegranej w preludium starcia, to jest przejścia na stronę rzekomego wroga, jej okręty i załogi odegrały ważną rolę w bitwie, w znacznym stopniu przyczyniając się do ostatecznego zwycięstwa. Wywarło ono zresztą duży i w pewnych aspektach dalekosiężny wpływ na dalsze losy państw skandynawskich, a zwłaszcza Danii i Norwegii. Znalazło też w pewnym stopniu uwiecznienie w historii, gdyż William Szekspir tworząc kilkaset lat później Hamleta, bazował na mocno już wtedy zniekształconych legendach skandynawskich z początku tysiąclecia i dlatego zapewne kazał wykreowanym przez siebie władcom Norwegii i Danii walczyć akurat z Polakami.

Natomiast dla Polski następstwa wygranej pod Svold były praktycznie żadne. Nie znamy szczegółów planowanej przez Bolesława na dalsze lata polityki morskiej w tym obszarze geograficznym. Jaka by ona jednak nie była, to nie doszło nigdy do jej realizacji. Niedługo po opisywanych wydarzeniach, w 1003 roku wybuchła długa i ciężka wojna z cesarstwem, która toczyła się niemal wyłącznie na lądzie, bo Niemcy nie mieli jeszcze bezpośredniego dostępu do morza (choć zdarzało się, że sprzymierzone z nimi plemiona zachodniosłowiańskie organizowały dywersyjne ataki na polskie wybrzeża). Mimo ostatecznego zwycięstwa po kilkunastu latach, a nawet zyskania zdobyczy terytorialnych na Łużycach, konflikt był na tyle wielkim obciążeniem dla państwa Bolesława, iż nie był on w stanie utrzymać wszystkich wcześniej przyłączonych ziem, zwłaszcza że niemal od razu potem wybuchła kolejna wojna z Rusią.

W 1018 roku na Pomorzu Zachodnim wybuchła antychrześcijańska rebelia, w wyniku której ziemie te odpadły od Polski, przywrócono na nich pogaństwo, a władze objęła lokalna dynastia niezależna od Piastów. Na czymkolwiek by nie polegała zwierzchność Polski nad Wolinem, musiała ona ustać jeszcze wcześniej, bo już w 1007 roku wzmiankowani są w dokumentach samodzielni posłowie Wolinian na dwór cesarski. Dłużej przy Polsce pozostało Pomorze Gdańskie, które Polska utraciła prawdopodobnie na skutek klęsk wojennych za panowania Mieszka II.

Brak danych z tego okresu na temat wykorzystywania floty wojennej na akwenach wschodniobałtyckich wynika zapewne z tego, że nie toczyły się tam żadne konflikty zbrojne na większą skalę, wiec okręty polskie służyły głównie do zwalczania piractwa i do lokalnych walk z plemionami pruskimi, których szczegóły nie są znane z prostego powodu, że obie zaangażowane bezpośrednio strony były de facto niepiśmienne, a nikogo poza nimi szczególniej to nie obchodziło. W związku z tym najbardziej znaną i dość specyficzną pamiątką po tamtym okresie jest dziś wybudowana w 1997 roku pływająca replika wspomnianej wcześniej łodzi świętego Wojciecha, wykonana na podstawie okrętów odnalezionych ongiś w Oruni oraz skąpej i nieco późniejszej ikonografii.

W pierwszej połowie XI wieku Polska straciła dostęp do morza i nie miała go odzyskać przez dłuższy czas. Nie był to jednak jeszcze koniec morskich ambicji pierwszych Piastów ani ich marynarki wojennej – już wkrótce dzieło jej odbudowy miał podjąć kolejny „Burisleif” zasiadający na polskim tronie.

Kapitan Kirk

cdn.