O marzeniach
Tym razem nie będzie o Łodzi – bo nie samą Łodzią człowiek żyje – i nie będzie to „materiał sponsorowany”, ale luźne uwagi szarej kobiety, jakie nasunęły mi się w czasie przedświątecznej krzątaniny.
Od dwóch miesięcy obserwuję zjawisko pewnego rodzaju rewolucji na rynku medialnym. W środku naparzających się mediów, stojących po wszystkich możliwych stronach politycznych sporów, ale przede wszystkim po stronach dwóch najbardziej zantagonizowanych partii, nagle na You Tube pojawia się Krzysztof Stanowski ze swoim kanałem Oficjalne Zero i rozwala system. W ciągu niespełna dwóch miesięcy działalności zgarnia ponad milion subskrypcji. Ponad milion osób uznaje, że warto ten projekt oglądać, a przynajmniej obserwować, co się tam dzieje. Ponad milion kont, za którymi stoją ludzie wraz z rodzinami, a odsłony programów Zera liczy się w setkach tysięcy.
Od razu informuję, że również jestem subskrybentką Oficjalnego Zera, chociaż przyznaję się: nie dlatego, że jestem fanką Stanowskiego – oglądam nieregularnie i tylko wybrane programy, ale dlatego, że marzyło mi się, aby coś niezależnego pojawiło się w naszej przestrzeni publiczno-medialnej. Dlatego również, że zauważyłam, iż sam pomysł jest strzałem w dziesiątkę. Wśród nawalanki, jakiej przez ostatnie lata byliśmy świadkami w mediach, kiedy te obecne na naszym rynku zatraciły kompletnie misję informacyjną, a stały się narzędziem do walenia przeciwnika politycznego młotkiem w głowę, kiedy dziennikarze stali się funkcjonariuszami stojącymi murem za ulubioną czy faworyzowaną partią, gotowi zdobyć się na najgorsze świństwo, kiedy media stały się kreatorem rzeczywistości, pojawienie się Zera było jak wpuszczenie świeżego powietrza do zatęchłej piwnicy. Kanał Stanowskiego jawi się jako ostatnia deska ratunku przed szaleństwem dla ludzi, którzy oczekują czegoś więcej, czegoś, co normalnie powinno kojarzyć się z dziennikarstwem i tak zwanym zdrowym rozsądkiem, czegoś dalekiego od zacietrzewienia i podsycania wzajemnej nienawiści.
Okazuje się, że można zapraszać gości z różnych opcji i normalnie z nimi rozmawiać, bez wrzasków, zagłuszania, przerywania w pół zdania. Co więcej, ludzie tego oczekują; oglądają albo słuchają i doceniają. Taka rzecz stała się możliwa, ponieważ Krzysztof Stanowski pracował wcześniej na nazwisko, działając na neutralnym polu sportowym, a do tego jest spoza układu „politycznego”, a przynajmniej nie kojarzy się z żadną wiodącą siłą polityczną w Polsce.
Obserwując sukces jego przedsięwzięcia, doszłam do wniosku, że na politycznym rynku również jest ogromne zapotrzebowanie na partię, która reprezentowałaby tę zmęczoną nieustannymi wojenkami część społeczeństwa: normalną, zdroworozsądkowo myślącą, marzącą o wykopaniu w kosmos największych idiotów i szkodników dla naszych polskich spraw. Gdyby pojawił się ktoś w stylu Stanowskiego…
Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że w mediach, nawet tak szczelnych jak nasze, pojawienie się czegoś nowego jest o niebo łatwiejsze. Przedsięwzięcie Stanowskiego & Co. jest w stanie „ogarnąć” stosunkowo niewielka grupa zaufanych i podobnie myślących osób skupionych wokół jednego, wspólnego celu. W polityce proces tworzenia nowej partii spoza układu magdalenkowego jest chyba niemożliwy. Raz, że wymagałoby to zaangażowania większej, i to zdecydowanie, liczby ludzi, budowania struktur w tak zwanym terenie, a to zawsze rodzi niebezpieczeństwo przyklejania się różnych koniunkturalistów i kretów, a dwa, że konkurencja zwarłaby szyki w dziele zniszczenia pomysłu, jeśli nie w zarodku, to na pewno na początkowym etapie, używając przy tym wszelkich dostępnych narzędzi, technik, mediów i „autorytetów”. Polityczne sukno na stole jest szarpane przez tych, którzy się do tego stołu dorwali w odpowiednim czasie i wara komukolwiek nowemu. A po trzecie: potrzeba czasu i własnego zaplecza medialnego, no i przede wszystkim wypromowania ludzi.
Znam mnóstwo mądrych, inteligentnych, wykształconych osób, które są coraz bardziej zirytowane sytuacją w Polsce, ale żadna z nich nie chce się nurzać w politycznym błocie. O tym, że polityka to bagno, wiadomo nie od dziś. Nikt nie chce tracić własnej twarzy, nazwiska i spokoju sumienia, nie każdy czuje się na siłach poświęcić swój czas, wiedzę, spokój, zdrowie i życie osobiste dla politycznych przepychanek i wątpliwych sukcesów. Nie każdy ma tyle cierpliwości, by czekać, nierzadko długo, żeby przekuć swoją ewentualną działalność w autentyczną sprawczość.
Żal, że tacy ludzie nie trafiają do polityki, że zamiast nich brylują w niej miernoty o poziomie intelektualnym stawiającym pod dużym znakiem zapytania ich kompetencje do urządzania życia tym, którzy ich wybierają, ale przede wszystkim tym, którzy ich nie wybierają, ale niestety są w mniejszości.
Ponieważ nadzieja umiera ostatnia, jako urodzona niepoprawna optymistka ciągle wierzę, że chcieć to móc i że jeśli w świecie mediów udało się przełamać hegemonię Gazety Wyborczej, TVN czy Onetu, może uda się to również w polityce. Boję się tylko, czy ja tego doczekam.
Wiolar