Opowiem Państwu dwie historie pokazujące zdolności łódzkich samorządowców do autodestrukcji, do braku myślenia perspektywicznego, uwzględniającego coś więcej niż czubek własnego nosa i możliwości załatwiania cichaczem własnych interesów kosztem dojnej krowy, jaką jest Łódź, do zażynania świetnych pomysłów, do zwyczajnej złośliwości w końcu.
Miłośnikom i znawcom architektury nie trzeba przedstawiać Davida Liebeskinda i Franka Gehry’ego. Znakomici, światowej sławy architekci, projektujący najwspanialsze budynki współczesnego świata, mają ze sobą coś wspólnego. Tym czymś są łódzkie korzenie i pragnienie zaprojektowania dla Łodzi budynku mającego pełnić ważną funkcję w życiu miasta. Cechą wspólną jest też fakt, że planów tych żaden z nich nie zrealizował.
Obaj panowie urodzili się w żydowskich rodzinach, które los na pewnym etapie życia związał z „ziemią obiecaną”. Wprawdzie Frank Gehry urodził się w Toronto jako Ephraim Goldberg, ale Łódź – od XIX wieku miasto jego przodków – zawsze była mu bliska. Na tutejszym cmentarzu żydowskim pochowani są jego dziadkowie. Daniel Liebeskind urodził się w Łodzi, mieszkał tu przez 11 lat, chodził do szkoły do czasu, gdy jego rodzice zdecydowali się wyjechać z Polski via Izrael do USA. W 1965 roku otrzymał obywatelstwo amerykańskie i ukończył studia architektoniczne w nowojorskiej Cooper Union for the Advancement of Science of Art. Obaj architekci zaliczani są do ścisłej światowej czołówki.
W 2009 roku, za czasów prezydentury Jerzego Kropiwnickiego, Daniel Liebeskind został ambasadorem Łodzi podczas starań o tytuł Europejskiej Stolicy Kultury. Oznajmił wówczas: „Pora coś zrobić dla mojego miasta”. Zdecydował, że będzie to szklana bryła Bramy Miasta we właśnie powstającym Nowym Centrum Łodzi. Projekt przedstawił w 2013 roku. Nowy, wielofunkcyjny, 13-kondygnacyjny symbol włókienniczego miasta, w którym miały znajdować się biura, sklepy i restauracje, planowano oddać do użytku w 2018 roku. Koszt jego budowy oszacowano na 200 milionów złotych. Jednak coś nie poszło. Mówi się, że za fiaskiem inwestycji stała kontrola NIK oraz przeszacowanie możliwości finansowych inwestorów.
Frank Gehry z kolei miał zaprojektować budynek Camerimage Łódź Center, czyli centrum kongresowo-festiwalowe ówczesnej atrakcji kulturalnej miasta, festiwalu o światowej już renomie – Camerimage. Budynek o powierzchni 37 tys. m2 został zaprojektowany z rozmachem. Miały się w nim mieścić dwie sale audytoryjne na łącznie ponad trzy tysiące osób, cztery sale kinowe, luksusowe restauracje oraz powierzchnia wystawiennicza. Innowacyjnym pomysłem była możliwość plenerowych projekcji kinowych na szklanych ścianach. Niestety, decyzją łódzkiej Rady Miejskiej zamordowano inwestycję. Był to skutek politycznych przepychanek, w wyniku których w referendum odwołano ówczesnego prezydenta miasta Jerzego Kropiwnickiego, a tym samym spowodowano opóźnienia w składaniu dokumentów o dofinansowanie budowy kwotą 250 milionów złotych ze środków Ministerstwa Kultury. Nie pomogły protesty, ze strajkiem okupacyjnym Rady Miasta włącznie, ani listy poparcia dla realizacji projektu Franka Gehry’ego podpisane między innymi przez Davida Lyncha, Vittoria Storaro, Volkera Schlöndorffa, Stowarzyszenie Aktorów Polskich, rektorów wszystkich łódzkich uczelni wyższych, Młodzieżową Radę Miasta i stowarzyszenie samorządów studenckich wszystkich uczelni wyższych w Łodzi. Nie pomógł również apel do radnych miejskich wystosowany przez prezydenta Lecha Wałęsę. Wobec takiej postawy władz miasta szef Camerimage Marek Żydowicz zdecydował się opuścić nieprzyjazną Łódź wraz ze swoim festiwalem, który po przenosinach najpierw do Bydgoszczy, a potem do Torunia stał się najważniejszym festiwalem operatorów filmowych na świecie.
Takich niezrealizowanych inwestycji jest w Łodzi wiele. Nie wszystkie firmowały światowej sławy nazwiska. Nieudolność władz samorządowych w pozyskiwaniu środków na inwestycje, nieumiejętność patrzenia na miasto w szerokiej i odległej perspektywie, brak pomysłów na wykorzystanie potencjału Łodzi są przygnębiające. Jeszcze bardziej przygnębiająca jest świadomość, że nie zmieni się zarówno władza, jak również jej postrzeganie, a przede wszystkim rozliczanie przez mieszkańców-wyborców, którzy zadowalają się taką bylejakością.
Daniel Liebeskind powiedział kiedyś: „Dla mnie przyjazd do Łodzi, to powrót do domu. [...] To jedno z najbardziej zapadających w pamięć miast w Europie i na świecie”. Dodał również: „Czuję się tak, jakbym nigdy stąd nie wyjeżdżał”. Wyjechał z Łodzi w 1957 roku. Mamy rok 2024.
Wiolar