Baju baju kot na jaju, czyli satyra o uśmiechniętej Polsce+
Na hulajnodze elektrycznej, z ogromnym łoskotem, Ryży wjechał do Tenkraju, obrzucając błotem swoich przeciwników. I nucąc pod nosem na fałszywą nutę: „Deutschland, Deutschland über alles”, tupał lewym butem.
Jak historia długa, uczą tego w szkole, ludzie od tysiącleci kochają symbole. Noszą je na fladze, a nawet na czole. Ukochali swastykę, sierp i młot, i gwiazdy, ostatnio z tęczowymi szmatami i piorunami zrobiły się jazdy. Oprócz tego każdy o tym wie, że idioci kochają gwiazdki na niebieskim tle.
Ryży stanął, podumał, przypomniał sobie słowa o kupie serducha… i wstąpiła weń otucha.
– Tak! Mam! Gwiazdki i kupa serducha! To będzie dobre. Tego lud posłucha!
I kupa pustego serducha wyruszyła w świat daleki, zbierając ludzkie męty i czajkoskie ścieki. Krzesząc, jak ich wódz, hołubce, robiąc volty, przewroty, piruety, w złej sprawie niestety.
Wszelkie chwyty i dźwięki były dozwolone. I tłum ruszył jak jakieś barany szalone. A ponad tym przebijała się jedna idea, jeden program, jeden okrzyk: „***** PiS!”. I chociaż byś od tych słów człowieku skisł, były one wszędzie: w sklepie, knajpie, a nawet w urzędzie.
Ryży wspomniał te cudowne chwile, lecz zatęsknił za Angelą, w brzuchu miał motyle i tak mu się ckliwie od tego zrobiło – ach, ona tańczy dla mnie. Było mu naprawdę miło.
Pamniał i Maskwu i rozmarzył się… „Nasz człowiek w Warszawie” nie brzmi wcale źle. Ale trzeba to było jakoś odwrócić, aby w czasie wojny elektoratu swego nie smucić. Trzeba wszystko zgonić na Kaczora. I kalumni posypały się tysiące jak z wora.
– Gdzie są ci moi ludzie? Mam tkwić sam w tym trudzie?
I zobaczył tłum tańczących, w podskokach i ukłonach oraz innych fikołkach i skłonach żurnalistów, speców od manipulacji, z gazet i radiowych i telewizyjnych stacji. Zastępy profesorów z niewietrzonych od wielu lat uczelni, mających patronów z nadania Stalina i Berii. Sędziów z czasów Bieruta, Gomułki, Gierka, Jaruzela. I ta myśl go rozwesela.
Byli też tam ludzie od mokrej roboty, którzy za Kaczora popadli w kłopoty
finansowe, bo im Kaczor zmniejszył kasę o połowę.
Spojrzał z rozrzewnieniem na pałac Stalina. Tutaj wszystko się zaczyna.
– I to wszystko będzie moje – aż podskoczył i zatarł ręce, i zatrzepał nimi z radości, nie szczędząc swoim oponentom złośliwości.
Bo największa jego mania, ulubiona rola – bawić się codziennie w internetowego trolla.
„Jeszcze będzie przepięknie, jeszcze będzie normalnie” – wybrzmiały słowa hymnu uciśnionych i 15 października wszelka nadzieja dla Tenkraju znika.
I od razu przeskok w 13 grudnia. Każdy o tym słyszał chyba od południa i wspominał smutną pamiątkę innego grudnia trzynastego…
Przeskok do uśmiechniętego Tenkraju. Bo tak Ryży miał już w zwyczaju.
W tej euforii i uniesieniu, z żelazną miotłą u boku, w dziwnym rozkroku Ryży zasiadł na żelaznym tronie w pierwszym rzędzie na balkonie. Poczuł swoją nieskończoną władzę.
– Zaraz ja was usadzę, wszystkich wrogów zgładzę.
Upajały go te chwile. Lecz obietnic było tyle, że go to wkurzyło i przestało być tak miło.
– Sto konkretów, sto obietnic to za wiele! Sto cholernych konkretnych obietnic, moi przyjaciele, nie może być spełnionych. Będą, ale kiedyś… może… Ale ja się przez te obietnice przecież nie wyłożę!
I aż głośno zaklął i powiedział:
– Ale co ja mogę? Trzeba tu wywołać jakąś trwogę. Tu wybory, a tu wojna. I co z tego, że jeszcze miesiąc temu w moich słowach jej nie było? Teraz rządzę i chcę rządzić, a więc wszystko się zmieniło. Wojna? Straszna wojna za wschodnimi drzwiami, trzeba wspomóc kasą, sprzętem i polskimi żołnierzami! To i tak wszystko zgoni się na PiS.
I znów uradował się swoją mądrością i podłą chytrością, po czym znowu się zasępił, bo jednak mu się przypomniało, że przy PiS-ie jego władza zrobiła tak mało, że ten wstrętny PiS miał kilka sukcesów i kilka pomysłów na państwo. Co za draństwo!
– Jak tak można!? Kiedy tam w Berlinie jest wszystko. Ale ja tak zrobię, że im chęć ta minie. Tę gigantomanię i jakieś budowy zaraz ja to wszystko wybiję im z głowy. Tenkraj ma być skansenem, bo po co drażnić Ursulę, Olafa, Angelę?! Tu ma być pastwisko dla weganów i tych, co chcą robaki żreć bałwanów. No i wspierać Ukrainę, i zboże kupować. Tak Urszula nakazuje, trzeba się stosować. – Zamachał, zatrzepał rękami niczym wiatrak OZE swoimi skrzydłami.– Jak ja nie cierpię PiSu, bo uchronił Tenkraj od kryzysu!
Chciano te pomysły trzymać w tajemnicy, lecz się dowiedzieli o wszystkim rolnicy i do miast traktorami wielkimi zjechali. I pewnie by Ryżego całkiem zaorali, ale uciekł i się schował, jak to miał w zwyczaju, bo kto mu co może naskoczyć w Tenkraju? A biedni rolnicy, choć żądania słuszne mieli, nie utargowali, nic nie osiągnęli. Bo naprzeciw nich,
stojących z biało-czerwonymi flagami, Pogłos wysłał ZOMO z gazem i pałami.
Kiedy miliony tenkrajanów podniosły łajania na te niegodne poczynania,
Ryży pomilczał chwilę. Lecz i na to znalazła się rada, bo taka była to szkarada.
– Klakier! Gdzie jesteś? Chodź tu szybko! Już! Trochę serducha w to włoż! Nikogo nigdy nie ma, chociaż jest ich tyle! Czy wokół mnie są sami idioci?! Debile?!
I pojawiły się dziesiątki klakierów i innych lizusów przywykłych do luksusów. I dziesiątki sygnalistów i innych cyklistów od pedałowania, aby zadowolić siebie i Ryżego drania. Gotowych na wszystko, byle trzymać się koryta i należeć do kasty wykształconych i europejskich, bo w tym największa moc jest ukryta. Weszli silni ludzie, którzy już wielokrotnie się sprawdzili, bo w takich sytuacjach nie byli mili.
– Macie wszyscy wziąć się do roboty, a nie siedzieć jak te tłuste koty! Najpierw z całą surowością oczyścić instytucje i urzędy! Ja was zaraz, pisowcy, zrzucę z grzędy! Słuchajcie barany! Każdy, kto się ośmielił oczyszczać Tenkraj, z całą surowością będzie ukarany! Kto walczył z korupcją, bronił naszych granic, będzie ukarany za nic. Słuchajcie, silne chłopaki, najlepiej posadzić ich wszystkich do paki!
Wiadomo, że król do własnego użytku musi mieć liczną świtę, więc 134 zostało przybite. I od razu lepiej – tańce, harce, wygibasy. Takie to nastały czasy. Pojawiły się całe zastępy ministr, sekretarzyków, gościń i aktywiszczy z całą gębą frazesów i pryszczy. A ponieważ wszyscy mieli chude lata, olbrzymie nagrody dał im dobry tata. Ryży przyznał im nagrody na początek wiernej służby i partyjnej zgody.
– Chcę mieć telewizję, radio, sądy i prokuraturę. I… i… i rzecz jasna nową furę. I ustawcie mi wielkie ekrany, żeby każdy mógł widzieć, jaki piękny jestem i wysportowany. Jam jest Król Europy, dajcie dywan czerwony pod moje stopy.
Krótko radość trwała, pojawił się problem siedmiu milionów problemów Ryżego.
– Dlaczego?! Dlaczego oni mnie nie słuchają?! Niechaj me służby ich ukarają. Rozgonić! Usadzić! Ukarać! I się macie starać, nie siedzieć z założonymi rękami! Macie ich ukarać koniecznie z posłami.
A tłum podchwycił te słowa: karać! karać! karać! I weszła tradycja nowa.
Że co tam Konstytucja. Niech się prawo chowa. Najwyższym prawem jest co Ryży powie, a po nim jego ministrowie. Potem się znajdzie odpowiednie paragrafy, żeby udowodnić, że słonie to żyrafy.
Jeszcze jedna myśl przyszła do głowy Imperatorowi. Powrócił do przyzwyczajeń z młodości, kiedy we wzgardzie miał wszelkie świętości.
I do ślubu nie był mu potrzebny kościół ani ksiądz. Niby inne państwo, lecz walka z religią ta sama wciąż. Lecz potem pomny tego, że Paryż wart jest mszy, wstąpił w śluby przed Bogiem.
– Chcę być królem. Choć nie chcę, lecz mogę.
I po 27 latach stanął fałszywie przed Bogiem dwójki dorosłych dzieci tata.
– Ci Polacy to tacy katolicy, chcę zaprowadzić prawo ulicy i w końcu zacząć ich piłować, by za wiele wolności nie było ich głowach.
A motłoch podchwycił:
– Ukarać ich! Opiłować! Powyrzucać krzyże! My wolimy portrety ryże! Wszystkie krzyże schować! Chanukę świętować! Wyrzucić religię ze szkoły! – krzyczały matoły.
Wyrzucić wszystko! Wyrzucić historię! Wyrzucić lektury! Bo tam same niepotrzebne dla Polaków bzdury. Bo Polacy wystarczy, jeśli przeczytają po niemiecku, jak pracować mają.
Trzeba było wziąć się do roboty. Jak kto umiał i na ile miał ochoty. Ale ci dworzanie umieli niewiele. Poszli na komisję jak to głupie cielę. Jednakże metody mieli wyuczone, jeszcze od dziadziusiów i tatusiów z PRL-u przyswojone. I komisje szybko poszły w ruch, bo taki panował w Tenkraju duch. Na komisjach szczerbaty, czy ten drugi z nim mylony, jak szaleni wyłączali świadkom mikrofony.
Przyjęto zasadę robić błazenadę. I im bardziej pstrokato, i im więcej dziwolągów, tym bardziej bogato, bo zaczęło się także ubogacanie, Panowie i Panie.
Podpisali wszystko, co Makrela chciała, a w nagrodę Ursula KPO odblokowała.
Żelazną miotłą wydrapali resztki pisowskich porządków: polski atom, terminale i tak dalej, i tak dalej. I CPK, i PCK – to nie robiło żadnej różnicy tej targowicy. I przyniósł do Tenkraju uśmiechniętą Europę,
zabierając resztki nadziei na tani prąd i ropę.
Gawiedź biła brawo, coraz bardziej idąc w lewo, nie zważając na obowiązujące prawo. I ciągle skandowali znane hasło „***** ***!”. I chociażby dokonali z nędzy swojego żywota, nie przestawali, bo tak im się spodobała ta robota.
I nareszcie wszyscy tacy europejscy, tacy uśmiechnięci, od powrotu Ryżego niczym wniebowzięci. Chwalili się zwycięstwem swoim setny raz, gdy listonosz im wręczył rachunki za prąd i za gaz. Kiedy drutami kolczastymi odgradzali strzeżone dzielnice, by tam ci nie buszowali, co wtargnęli w Tenkraju granice. Ci od ubogacania, wszyscy z relokacji, którzy spróbowali w Europie darmowych wakacji. Ale i na to znalazło się wytłumaczenie i kolejne kłamstwo łyknęło to plemię. Bo największa zdobycz to, że Ryży podarował pigułkę dzień po.
I żyli wespół głupio i radośnie, robiąc siebie w konia, ulegając łgarstwom ryżego nicponia.
Olanta