Dualistyczny dziwny świat
Niebawem Wielkanoc. Najważniejsze święto dla katolików i innych kościołów chrześcijańskich.
W domu zwykła przedświąteczna krzątanina. Zawsze to dobry czas, żeby zrobić w końcu to, co się odkładało tygodniami. Na święta musi być idealny porządek, jak było od pokoleń. Zaraz się zacznie wielkie gotowanie i dom napełni się wszystkimi zapachami znanymi od czasów wczesnego dzieciństwa…
Z roztargnieniem zaglądam na Twitter jako główne źródło informacji na temat tego, co dzieje się w wielkim świecie. Natychmiast wdziera się do mojej świadomości okrucieństwo tego świata. Ludzie leżący w kałużach krwi niczym bezwładne manekiny z powykręcanymi kończynami, które ktoś zepsuł i wyrzucił. Ktoś tak potraktował żywego człowieka, dzieło Boże, prawdziwy, rzeczywisty cud…
Przesadzam rośliny do większych doniczek. Te, które mają zbyt ciasno i się rozrosły, rozdzielam na nowe sadzonki. Jest ich za dużo. O wiele za dużo niż potrzebuję. Jednak nie potrafię wyrzucić, bo to tak, jakbym zabijała życie i nadzieję. Rozdam je znajomym…
Jakieś lewackie aktywistki, z wykształcenia lekarki, ogłaszają z dumą w internetach, że dokonały rekordowych ilości aborcji. Dla nich aborcja jest wspaniała, jest motorem ich wykoślawionego życia. Uważają, że w ten sposób pomagają kobietom. Ładne, zadbane, atrakcyjne kobiety. O płodach w łonie matek mówią, że są to pasożyty…
Przypominam sobie narodziny moich bliźniaczek. Nie było lekko. Od samego początku dawały nieźle popalić. Każde wspomnienie dotyczące moich córek przechowuję w szufladkach mojej pamięci. Nie chciałabym nic z tego uronić. Były i są chwile wspaniałe, ale przecież nie zawsze. Nie wyobrażam sobie, kim byłabym bez nich. Nawet nie jestem w stanie o tym myśleć.
Pamiętam, jak wiele lat temu podróżując busem, spotkałam matkę kolegi moich córeczek z przedszkola. I nie mogę zapomnieć, jak ta wykształcona, pracująca gdzieś na uczelni kobieta, którą wcześniej uważałam za sympatyczną, powiedziała, że kiedy dowiedziała się, że jest w ciąży, chciała tę ciążę usunąć, ale się zagapiła, no i było już za późno. I syn już jest w przedszkolu. Była zadowolona, iż jest matką tego chłopca, ale też nie kryła, że chciała usunąć ciążę…
Przeglądam leki, sprawdzam daty ważności. Myślę, że niektóre medykamenty pewnie trzeba wyrzucić. Mam złe, stare przyzwyczajenia trzymania wszystkiego i używania czasem po upływie terminu ważności. Tyle obecnie mówi się o zdrowiu i o tym, jakie to szkodliwe…
Jacyś politycy koalicji rządzącej radośnie oznajmiają, że już za chwilę będzie dostępna dla 15-letnich dzieci pigułka „dzień po”. Sejm uchwalił i oto decyzją polityczną dziewczynki, księżniczki swoich tatusiów i mamuś, teraz bez ich wiedzy będą mogły taką pigułkę bez recepty zakupić i przyjąć. Próbuję przekopać się przez reklamy firm zachwalających pigułkę „dzień po”. Chcę znaleźć rzetelne badania na temat długofalowych skutków ubocznych dla zdrowia, jakie spowodowałoby częste stosowanie tej tabletki. Wszędzie same reklamy. Nie widzę dokładnych badań i analiz…
Sprzątam szafę. Ciasno. Trudno już cokolwiek znaleźć. Robię przegląd ubrań. Podobno jeśli przez dwa lata czegoś nie nałożysz, to nie jest ci to potrzebne. Trzeba podziękować i wyrzucić. Takie bon moty usłyszałam kilka lat temu od postępowych kobiet sukcesu. Ja trzymam w szafie niektóre ubrania nawet dekady, dlatego tak tu mało miejsca. Po prostu noszę ubrania w klasycznym stylu, które są ponadczasowe. Odkładam na bok te stare i zapomniane. Przymierzam. Zastanawiam się, może jeszcze się do czegoś przydadzą? Przecież są nie zniszczone, jeszcze całkiem niezłe. Coś można przerobić albo nosić w innym zestawie. I wszystko wraca z powrotem na półki. Zastanawiam się, czy te moje stare buty należy wyrzucić, czy można je jeszcze zakładać. Znoszone, ale jeszcze dobre. Po co wyrzucać, skoro jeszcze dobre? Tak mnie uczono w moim domu…
Zaglądam do wiadomości i oczom nie wierzę, że jakieś rozwydrzone małolaty zniszczyły kolejny obraz w słynnej galerii. Chcą zmusić świat do ratowania Ziemi. Inne czołgają się jak jakieś zombie po sklepach. Co to za dziwna moda? Słyszę o aktywistach poprzyklejanych do witryn galerii i do szos. Dzieciaki wożone do szkół przez swoich rodziców. Małolaty, które zawsze wszystko dostawały, które o nic nie musiały walczyć, nie musiały pracować. Czasem wśród nich jacyś dorośli ludzie. Gdzieś na świecie w rozwiniętych krajach i w dużych ośrodkach. Ile planetę kosztuje usuwanie skutków ich akcji? Ile kosztuje planetę ich głupota…?
Czytam, że środowisko niszczą samochody spalinowe, elektrownie węglowe i piece. Ale też hodowla zwierząt. Ciągle atakują mnie przeliczenia, ile trzeba zużyć wody, żeby wypić filiżankę kawy. Planety widocznie nie niszczą drukarki do wyrobu sztucznego mięsa ani wiatraki i ekrany fotowoltaiczne. Nie, one nigdy. Planety absolutnie nie niszczą samoloty uczestników konferencji nowej ekologicznej religii. Nie szkodzą Ziemi odrzutowce celebrytów, zwolenników tej religii, choć każdy z nich zużywa więcej wody przez jeden dzień niż przeciętna rodzina przez rok…
Wyłączam to wszystko, te wrzeszczące media. I wiecie co? Znika cały idiotyzm naszego świata. Rozkoszuję się zapachem świeżo mielonej, zaparzonej właśnie kawy. Głaszczę kota. Patrzę, jak pięknie kwitnie azalia. Trzeba umyć okna. Trzeba zrobić wietrzenie. Otwieram szeroko okno. Z błogością wsłuchuję się w trele wiosennych ptaków płynące z zewnątrz…
Patrzę na plakat opodal mojego domu. Widnieje na nim wielki napis: „My wiemy, co dla ciebie dobre, urządzimy ci nowy wspaniały świat”…
Olanta