Na cudzych błędach się uczmy
Kiedy patrzę na podejmowane przez Straż Graniczną, Wojsko Polskie i Ruch Obrony Granic próby ochrony naszych granic przed obcymi kulturowo imigrantami, przypominam sobie, co w latach 90. opowiadał mój brat jeżdżący do pracy na Zachód.
Podobnie jak liczne grono młodych ludzi, brat starał się regularnie wyjeżdzać czy to do Norwegii, czy do Wielkiej Brytanii, żeby pomóc rodzinie. Wtedy już w obydwu tych krajach był widoczny trend do wpuszczania migrantów bez specjalnej kontroli i selekcji. Byłam zdumiona, słysząc, że ci ludzie wcale nie są za to wdzięczni, a możliwość osiedlania się w Europie traktują jak podbój. Dla nich zdegenerowane, przeżarte ideologią lewacką społeczeństwa zachodnie, pozbawione religii, zajęte konsumowaniem i podcinające swoje własne korzenie, były łatwym łupem do skolonizowania (co same ułatwiały). Z drugiej strony imigranci – szczególnie z kręgów kultury muzułmańskiej – ze zwględów moralnych uznawali to za słuszne, bo to, co zastawali, było z ich punktu widzenia degrengoladą moralną.
Drugim szokiem poznawczym było spotkanie na studiach z zarządzania kryzysowego kilkunastoosobowej grupy naszych żołnierzy, którzy wrócili z Iraku i szykowali się do kolejnego wyjazdu. Do ich zadań należało między innymi chronienie polskiej misji archologicznej, która w warunkach wojennych lub zawieszenia broni próbowała ratować dziedzictwo pokoleń (z bardzo dobrym skutkiem jak na skalę zniszczeń). Dla historyka wstrząsająca była informacja, że ktoś może specjalnie dewastować artefakty pozostałe po minionych wiekach. Dobre wzorce wybrało sobie Ostatnie Pokolenie!
Mieszkając dziś na polskiej prowincji, gdzie kultura i tradycja w dalszym ciągu są żywe i przekazywane z pokolenia na pokolenie, patrzę z przerażeniem, jak w ciągu zaledwie kilku lat w sektorze drobnej działalności przetwórczej zostaliśmy zalani pracownikami z innych kultur, a wsie i miasteczka, już nie tylko powiatowe, pełne są śniadolicych przybyszów z różnych stron. To, czego większość nie rozumie, to fakt, że ludzie przyjeżdżający tu – na razie do pracy, ale to się zmieni, jeżeli nie uchronimy państwa przed samobójczymi pomysłami Unii – funkcjonują wedle innych zasad.
Jesteśmy przyzwyczajeni do opierania się na dwóch sferach życia – religijnej i świeckiej. Potrafimy je łączyć, ale pozostają one równoległe. Przybysze natomiast opierają się na systemie, w którym religia i świeckość stanowią jedność. To tak, jakby w naszych państwach wprowadzić wyłącznie Kodeks Prawa Kanonicznego do całej sfery życia publicznego, zamiast obowiązujących przepisów opartych na Konstytucji. Dla nas niewyobrażalne – dla nich normalność. Oni tak żyją, że ich religia reguluje funkcjonowanie państwa. Dlatego w krajach, do których zawitali, nie akceptują zasad prawnych i akceptować nie będą, co powoduje, że asymilacja jest niemożliwa. Tworzą sie społeczeństwa równoległe.
Drugim zagrożeniem jest fakt, że ludzie wychowywani często w strefach konfliktów mają inny stosunek do wartości życia. Napatrzyli się na Europejczyków, którzy przyjeżdzali do ich krajów jako turyści, i jak słyszymy, dość gwałtownie zawłaszczają sobie obecnie ich mienie, mieszkania czy dokonują innych brutalnych przestępstw. Wychowani w strefach, gdzie przemoc i bezwzględność zapewniają sukces, jakim jest przetrwanie, traktują sytuację, w której – często przy poparciu sądów – ta bezwzględność jest tolerowana jako przejaw bezsilności społeczeństw, do których trafiają.
Dlatego warto się zastanowić i nie powtórzyć błędów Europy Zachodniej, gdzie migracja powoduje, że narody mające swoje wielowiekowe tradycje i kulturę stają się marginesem we własnych państwach. Doceńmy, że przyjeżdzający do nas turyści zachwycają się spokojem, porządkiem i bezpieczeństwem i pomagajmy zachować ten stan dla przyszłych pokoleń.
Joanna Bichniewicz