Nie Polonia!
– Pochodzę z Laudy – mówiła stateczna niewiasta spotkana w Kownie. – Moja rodzina żyje tu od XVII wieku. To znaczy – poprawiła – mamy dokumenty, że żyjemy tu od tego czasu. Wcześniejsze świadectwa zaginęły w wyniku historycznych zawieruch, głównie szwedzkiego potopu i wojen z Moskwą. Albo w czasie prześladowań i rugowania polskości za czasów dyktatury Smetany (prawdziwe nazwisko Śmietana, potem zmienił), kiedy za mówienie po polsku na Litwie trafiało się do więzienia.
***
– Niby wszystkie umowy międzynarodowe są podpisane, niby Unia Europejska – żachnęła się znajoma – a weź tu w Wilnie spróbuj iść do dentysty. Żądają podania nazwiska. No to podaję. Moje jest na W, a w litewskim alfabecie nie ma tej litery. Musiałam zrobić grubą awanturę, żeby wprowadzono do komputera moje prawdziwe nazwisko. Litwin w Polsce może mieć w dowodzie swoje litery, Polak na Litwie nie. I nikt niczego z tym nie robi.
***
– Czemu przyjechałem do Polski? – kolega rodem z Grodzieńszczyzny zastanowił się. – Musiałem. Jestem Polakiem, wyrobiłem sobie Kartę Polaka. Łatwo nie było, ale się udało. Jak się w magistracie dowiedzieli, to od razu z urzędu zwolnili. Z wilczym biletem. Ani pracować, ani studiować. To i przyjechałem. Mogę mówić po polsku.
***
– Chłopaki – mieszkająca pod Barbanowiczami babinka popatrzyła z politowaniem, gdy zadano jej pytanie, jak to się stało, że tak dobrze mówi po polsku – oj, chłopaki... Przecież ja się w Polsce urodziłam, to jak mam mówić? I nigdzie nie wyjeżdżałam, to Polskę mi zabrali. Polska wyjechała, nie ja – zaśmiała się gorzko, ale jednocześnie ciepło, jak potrafią to robić tylko starzy i pogodzeni z losem ludzie.
***
– Teraz do pierwszej klasy zapisujemy nawet trzylatki – pożaliła się Lwowianka, gdy usiedliśmy na Starym Mieście, całkiem niedaleko knajpki, gdzie jawnie gloryfikowało się zbroniarzy z Wołynia i Wschodniej Małopolski. – Bo to ostatni rok kiedy możliwe jest nauczanie w ojczystym języku. Od przyszłego roku nie będzie wolno nam uczyć się po polsku. To znaczy... wszystkim tak zrobiono, ale o swoich na Zakarpaciu Węgrzy się upominają. A o nas nikt.
***
– Najbardziej nas boli – usłyszeliśmy, siedząc na wileńskim Zarzeczu – jak w polskiej telewizji (bo przecież oglądamy tu) polski polityk mówi o nas "Polonia". Jakby nam w twarz napluć. Jaka Polonia? Polonia to sobie może być w Chicago. My jesteśmy Polacy! My tu żyjemy od wieków. Nigdzie nie emigrowaliśmy.
***
To prawda, Drodzy Czytelnicy. To naprawdę dla naszych Rodaków na Wschodzie ważna rzecz. To Polacy. Nie Polonia. Im tę Polskę zabrano. Nieraz jeszcze w czasie rozbiorów, a najczęściej po 1939 roku na skutek zdrady naszych sojuszników oraz nierzadko indolencji naszych włodarzy (ale głównie za sprawą Roosevelta). Zwłaszcza w XX wieku byli ofiarami czystek etnicznych, rzezi i ludobójstw, a i dzisiaj są obiektem nienawiści na większości terenów należących ongiś do Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Przetrwali prześladowania rosyjskie, radzieckie, niemieckie, ukraińskie, białoruskie czy litewskie. O łotewskich nie słyszałem, a tam, niedaleko Rzeżycy czy Dźwinowa też nie Polonia, lecz Polacy mieszkają. Na Łotwie Polonia głównie w Rydze. Polonii nie ma także na Śląsku Cieszyńskim czy Spiszu i Orawie – tam Polaków prześladowali Czesi i Słowacy, czy raczej Czechosłowacy.
Dla nich, pozbawionych Ojczyzny (strefa Schengen niewiele zmienia w podejściu lokalnych władz) każdy kontakt z Polską, z krajanami z Polski, jest cenny, jest ważny, pozwala wziąć głęboki wdech. A politycy jak zwykle nie stają na wysokości zadania. Gdyby jeszcze poświęcali Rodaków w imię partykularnych interesów Polski – byłbym w stanie to zrozumieć. Zaakceptować nie, ale nuta zrozumienia by była. Oni natomiast zwyczajnie postawili na nich krzyżyk, nader często wyzywając ich od Polonusów. Ale my pamiętajmy: to Polacy, nie Polonia.
Z drugiej strony: skoro rządy nie dbają o Polaków w Polsce, to dlaczego dbać by miały o Polaków na Ziemiach Ukradzionych?
Adamas