Przestrzeń bytów duchowych
„A Słowo stało się ciałem i zamieszkało wśród nas. I oglądaliśmy Jego chwałę, chwałę, jaką Jednorodzony otrzymuje od Ojca, pełen łaski i prawdy” (J 1, 14).
Czucie ma swoją geometrię, ma też swoją dynamikę, a wszystko rozum przerasta, bo jest tym, że się dzieje.
Jeśli w sobie utoniesz i jako topielec nie wypłyniesz, tylko staniesz się kimś poza tym dostrzegalnym, to wszystko jest inne. Wszystko. Wtedy jedna twarz ma miliony fraktali innych twarzy. Wtedy drga przestrzeń barwami muzyki doznań. To jest inna metryka, to jakby jedno i nieskończoność w punkcie i nieograniczoności, wielozłożoność. I nawet nie rozstrzygniesz, czy założyłeś nowe okulary, czy stare tylko zdjąć postanowiłeś.
Jeszcze udźwignąć to wszystko, znieść tę intensywność, nauczyć się od nowa chodzić, potem tańczyć i śpiewać.
Nie można jednocześnie być w starym i nowym, gdyż tratwa i galera inaczej się prowadzą. Nie można też już płynąć, gdy się nie rozłoży rąk na przestrzeni ducha w pełni poddania. Od tego momentu powstaje nowy język, twój nowy język, język wirów. Każdy w tobie i wokół ciebie ma kierunek obrotów, a ty jesteś jak korkociąg, w którym z sumy tych obrotów jest stan wkręcania się w piekło albo unoszenia ku niebiosom. Osiągając w tym biegłość, masz intuicyjną umiejętność odróżniania dobra od zła, intensywności sił, oceny siebie i aktualnej dynamiki swojej, otoczenia oraz dynamiki osoby, w której towarzystwie przebywasz. Każde wyjście na miasto, każda rozmowa, każde bycie ze sobą jest doświadczeniem obrotów wznoszenia się i opadania. Ludzie mogą milczeć, a przestrzeń wyśpiewa całą melodię, ciało zadrży tarciem powietrza.
Gdy wszystko wewnątrz umarło, została pustka, w której w zmartwychwstaniu rodzi się nowe jako ucieleśnienie na skrzydłach ducha, karmiące ekspansję ducha ucieleśnieniem. Pustka nie wywołuje panicznego lęku, gdy staje się jednocześnie kalejdoskopem barw; pustka jest wtedy ciekawością bycia w sobie. Coś, co kiedyś wydawało się czarną otchłanią, piekłem duszy, jest wrotami do przeistoczenia.
Dlaczego już tak nie szukamy ludzi i nie gonimy za nimi? Bo wchodzimy w kontemplację, by porządkować w sobie alfabety nowego bycia, by mówić starymi słowami nowe litery drgań Wielkiego Skryby, przemawiające całościami ciszy. Być „i” w paradoksie oraz metaforze – stającym się w nicości.
Każde „jestem” to objawienie. I ten garb, co kiedyś na plecach nosiłeś, teraz jest świętą górą, na której szczycie doznajesz pełni świata i siebie.
„Podobnie także Duch przychodzi z pomocą naszej słabości. Gdy bowiem nie umiemy się modlić tak, jak trzeba, sam Duch przyczynia się za nami w błaganiach, których nie można wyrazić słowami” (Rz 8, 26).
Krzysztof Szumski